platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Brat zeznaje o milionowym przekręcie

„W Bydgoszczy mówiono, że nic ważnego nie może stać się w tym mieście bez wiedzy mojego brata”. To słowa, które na sali Sądu Okręgowego w Bydgoszczy wypowiedział Janusz S., były szef Domaru, współzałożyciel kierujący małym imperium finansowym spółek Maktronik, Locum, Arka i wielu innych działających nad Brdą i na terenie całego kraju. W sądzie na dwóch rozprawach w grudniu i styczniu zeznawał jednak nie na temat spraw dotyczących bezpośrednio swojej biznesowej działalności, ale… w sprawie mordu na dyrektorze pionu odszkodowań w bydgoskim PZU w 1999 roku.

Ku zdziwieniu publiczności i – mam wrażenie – również stron procesu oświadczył, że przypomina sobie moment z 1998 roku, kiedy to jego brat (a ówcześnie również wspólnik w interesach) proponował mu ubicie biznesu życia.

W spotkaniu miał uczestniczyć diler samochodowy z podbydgoskiej Brzozy, Tomasz G. (obecnie jeden z oskarżonych w procesie) oraz nieżyjąca już sędzia Anna O.

– Po spotkaniu brat powiedział mi o tym, że jest interes do zrobienia – mówił S. 

Miało chodzić o zakup wartej milion dolarów zgniatarki do karoserii samochodowych z USA. Sprzęt miał być wysoko ubezpieczony.

– Z jednej z późniejszych rozmów z bratem dowiedziałem się, że w tej transakcji wcale nie chodzi o zwrot inwestycji z tytułu eksploatacji zgniatarki. Maszyna miała zostać wysoko ubezpieczona w PZU (czyli w ubezpieczalni, w której pracował Karpowicz, red.) a następnie w ogóle nie miała trafić do Brzozy Bydgoskiej, ale zniknąć gdzieś na trasie.

Tym samym S. w swoich zeznaniach nawiązał do ustaleń prokuratury z aktu oskarżenia.

– Powiedziałem, że absolutnie nie wezmę udziału w tej transakcji. Ryzyko wykrycia przestępstwa było bardzo duże. Nie interesowało mnie to. 

S. wspomniał również o wekslu podpisanym przez Tomasza G. jeszcze na początku lat 90., a który miałby stanowić częściowe zabezpieczenie na wypadek gdyby przedsięwzięcie nie wypaliło. 

To mały przełom w sprawie, w której trwa już trzeci proces, wszczynane były dwa śledztwa i zapadły już dwa wyroki.

Jak daleko od biletu (jego braku) do zarzutów o rasizm

Śledczych w Bydgoszczy czeka trudne zadanie. Będą musieli zważyć argumenty jednej i drugiej strony i stwierdzić, czy w awanturze, która wywiązała się w autobusie MZK poszło tylko o bilet. Czy może sprawa ma inne, rasistowskie podłoże.

W środę obywatelka USA złożyła w Prokuraturze Rejonowej Bydgoszcz-Południe zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez kontrolerów biletów, których spotkała 30 listopada w autobusie linii 56.

– W zawiadomieniu zarzuca kontrolerom firmy zewnętrznej, którzy tego dnia sprawdzali bilety w autobusie komunikacji miejskiej, że naruszyli jej nietykalność cielesną, zmuszali do określonego zachowania i między innymi pozbawili wolności – mówi prok. Włodzimierz Marszałkowski, szef Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Południe.

Poza tym Amerykanka w piśmie złożonym w prokuraturze zarzuca również kontrolerom znieważenie na tle rasowym.
Przypomnijmy, że sprawa została nagłośniona, kiedy w internecie pojawił się film z zajścia, na którym widać jednego z kontrolerów siłującego się z młodą kobietą. Została przygnieciona przez mężczyznę między siedzeniami autobusu.

– Zapisu całości zajścia nie ma, bo monitoring w autobusie nie działał – mówi prok. Marszałkowski. – Do analizy pozostaje zatem tylko nagranie jednego z pasażerów, które zostało wykonane telefonem komórkowym. Oczywiście czekamy na relacje wszystkich świadków tego zdarzenia.

Wcześniej osobne zawiadomienie do prokuratury złożyli kontrolerzy. Jeden z nich miał zostać kopnięty przez pasażerkę.

Obie strony zarzucają sobie na wzajem, że zostały obrażone ze względu na kolor skóry. Kontrolerzy mieli być wyzywani od „białych”, a Amerykanka utrzymuje, że została przez nich napadnięta z pobudek rasistowskich.

Kawaler, Biedroń i Kancelaria Prezydenta RP

We wrześniu pisaliśmy o sprawie wpisu na FB, który Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych przypisał Tomaszowi Romanowi B., politykowi z Więcborka. Słowa „Pedalisko paskudne!” padły pod adresem Roberta Biedronia. To określenie pojawiło się pod fotografią zamieszczoną 25 września tego roku na profilu SE.pl.

Działacze Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych sugerują, że autor to człowiek niedawno odznaczony przez Prezydenta RP. Ośrodek nie złożył w tej sprawie jednak zawiadomienia do prokuratury ani nie poinformował policji.

– Prawo w Polsce, niestety, nie przewiduje ścigania za takie czyny – mówi Konrad Dulkowski, prezes OMZRiK. – W kodeksie karnym jest mowa o stosowaniu przemocy lub publicznym nawoływaniu do przemocy z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej, ale nie z powodu orientacji seksualnej. Pozostaje nam zatem piętnować takie zachowania.

Od Tomasza Romana B. otrzymaliśmy w tej sprawie komentarz: „Nie interesuje mnie pan Biedroń i jego żywot – dziękuję za informację”.

Doczekaliśmy się w końcu opinii Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie:

„W odpowiedzi na Pana zapytanie z dnia 3 października br. uprzejmie informujemy, że Pan Tomasz Roman B. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 29 marca 2017 r. Order nadany został na wniosek Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi w działalności społecznej i publicznej.

Zgodnie z art. 2 ust. 2 ustawy z dnia 16 października 1992 r. o orderach i odznaczeniach (Dz. U. z 2015 r. poz. 475 i 1266 oraz z 2016 r. poz. 1948) „Prezydent nadaje ordery z własnej inicjatywy lub na wniosek Prezesa Rady Ministrów oraz Kapituł Orderów”. W przypadku uhonorowania Pana Tomasza B., Kapituła Orderu Odrodzenia Polski skorzystała z uprawnienia wynikającego z art. 21 pkt 2) w/w ustawy, zgodnie z którym jest ona uprawniona do występowania do Prezydenta z inicjatywą nadania orderu.

Zgodnie z postanowieniami Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej nadawanie orderów i odznaczeń należy do prerogatyw prezydenckich. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej realizuje swoje kompetencje w tym zakresie wydając postanowienia. Postanowienia Prezydenta są aktami urzędowymi, nie stanowiącymi decyzji w rozumieniu przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego i w związku z tym,  nie wymagają one, dla swej ważności, uzasadnienia faktycznego.

Powyższe oznacza, że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie ma obowiązku uzasadniania postanowień o nadaniu orderów i odznaczeń ani odmowy ich nadania.

Z poważaniem,

Biuro Prasowe

Kancelaria Prezydenta RP”

Ojciec wyrodny, ojciec płaczący

Dariusz W. z Bydgoszczy może usłyszeć wyrok 25 lat więzienia. Takiej kary chce dla niego prokurator Witold Kujawa. W. jest oskarżony o skatowanie córki, trzymiesięcznej Oliwii. Miał pobić dziecko, rzucić nim o podłogę, potem tłumaczyć, że to starsza (dwuletnia) siostrzyczka pobiła dziewczynkę „kubkiem niekapkiem”. Tyle tylko, że lekarze, którzy dzień później badali dziecko, stwierdzili u małej pęknięcie czaszki, co wyklucza wersję przedstawioną przez ojca.

Ojciec w procesie szafował wersjami, przedstawiając ich modyfikowane co chwilę wersje. A w mowie końcowej jego obrońca twierdził, że tak naprawdę nie ma ani jednego dowodu winy jego klienta, a wszystkie relacje świadków, które go obciążają, pochodzą z informacji przekazanych im przez Paulinę, żonę oskarżonego i matkę Oliwki.

Wyrok zapadnie 11 grudnia.

Makabra na Bartodziejach

Śledztwo prowadzone pod nadzorem bydgoskiej prokuratury odsłania fakty, które mrożą krew w żyłach. To historia 47-latka, który w czerwcu wyszedł z więzienia. Od razu przyjechał do swojej kochanki. Odwiedził ją w bloku na bydgoskich Bartodziejach, zabił, a następnie sam wezwał na miejsce pogotowie.
Zanim przyjechali ratownicy, uciekł. Nagie zwłoki 48-letniej kobiety znaleziono w wannie wypełnioną gorącą wodą. Policjanci pod nadzorem prokuratora oraz biegłego przeprowadzili oględziny miejsca zdarzenia. Ciało kobiety zostało zabezpieczone w Zakładzie Medycyny Sądowej, gdzie przeprowadzono sekcję zwłok. Wstępne badania wykazały, że przyczyną śmierci kobiety było utonięcie.
Sprawą zajęli się kryminalni z bydgoskiego Śródmieścia. Ich zadaniem było przede wszystkim namierzenie zgłaszającego, który uciekł przed przybyciem służb ratunkowych. Do poszukiwań włączyli się również kryminalni z komendy miejskiej. Funkcjonariusze szybko wpadli na trop podejrzewanego.
Dzień później pijanego 47-latka zatrzymano w Białych Błotach. Został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. Grozi mu 25 lat więzienia albo dożywocie.

Siekierezada w Fordonie

Przypadek oskarżonego w procesie o zabójstwo, do którego doszło w bydgoskim Fordonie w listopadzie ubiegłego roku może być przykładem na to, jak nieskuteczna jest idea resocjalizacji w zakładach karnych. Mógłby być również przykładem na to, jak pobyt w więzieniu za popełnienie zbrodni w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu nie wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa społeczeństwa. Można powiedzieć, po co te pretensje? Przecież zakład karny, co do zasady ma zadanie wykonać karę orzeczoną przez sąd, który to podejmuje decyzję o odizolowaniu osoby niebezpiecznej od reszty obywateli. Mógłby.

Tak naprawdę jednak historia 77-letniego Henryka B., którego proces w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy właśnie dobiega końca, to obraz życia zdominowanego przez wydarzenia straszne, takiego, w którym o wiele więcej jest cieni niż blasków. B. odsiedział 12 lat za kratami za zabójstwo żony. Zaraz po wyjściu znalazł schronienie w mieszkaniu Adama K. w Starym Fordonie. Pomieszkiwał kątem z gospodarzem i jego partnerką Grażyną O. Dochodziło między nimi do sprzeczek, awantur. 19 listopada Henryk B., który twierdzi, że został okradziony, zaatakował siekierą Adama K. – zadał mu co najmniej kilka (to wersja prokuratury) ciosów. K. padł nieprzytomny na podłogę. Potem miał rzucić się również na Grażynę O. i pobić ją (podobno uderzał obuchem w głowę). Prokurator twierdził, że B. wyrzucił na podłogę w pokoju stare rzeczy, ubrania, a następnie wysypał na nie żar z pieca.

Wyszedł z domu z Kazimierzem K. (bratem Adama, który w procesie twierdził, że został zastraszony przez B.), zaopatrzyli się w wódkę i poszli do sąsiedniego domu, gdzie kątem pomieszkiwał ich kompan od butelki, bezdomny Damian R. B. obwieścił, że u Adama „jest przeciąg”. R., mimo tego, że był pijany, poszedł sprawdzić, co się stało u sąsiada. Mieszkanie było zadymione, R. wyciągnął na zewnątrz nieprzytomnego Adama K. i próbował też ratować Grażynę O., która leżała „pod kanapą” też nieprzytomna. Miała twarz oklejoną sadzą. Kobieta zmarła w szpitalu kilka dni później, a jej partner przeżył i w procesie występował jako osoba pokrzywdzona. Zmarł jednak w sierpniu „z powodów naturalnych”.

Henrykowi B. grozi co najmniej 8 lat więzienia, ale za zabójstwo dokonane w recydywie sąd może go skazać też na 25 lat więzienia, albo dożywocie. Proces ma się zakończyć 15 grudnia.

Takie „pajdy” dla policjantów

W Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy zapadł wyrok w głośnej sprawie funkcjonariuszy drogówki, którzy byli oskarżeni o przyjmowanie łapówek.

Krzysztofowi C. prokuratura przypisywała w akcie oskarżenia kilka czynów karalnych. Ten policjant z ponad dziesięcioletnim stażem służby został skazany na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu. Musi też zapłacić grzywnę w wysokości 240 0 zł oraz pokryć koszty postępowania sądowego. To kara za czyn, który udowodniono mu, między innymi na podstawie zeznań funkcjonariuszy Biura Spraw Wewnętrznych. To oni zarejestrowali rozmowy policjanta z… prostytutką.

Chodziło o sytuację sprzed kilku lat kiedy to Krzysztof C. oraz Marcin Sz., dwaj policjanci Wydziału Ruchu Drogowego bydgoskiej komendy wspólnie pełnili służbę u zbiegu ulic Bełzy, Wyszyńskiego, Toruńskiej i Jana Pawła II w Bydgoszczy. W radiowozie przebywała z nimi Joanna S. To prostytutka, która za odstąpienie przez policjantów od wypisania jej mandatu (przedtem kierowała autem bez uprawnień), zgodziła się wykonać mundurowym swoje „usługi” seksualne. W radiowozie.

Marcin Sz. usłyszał wyrok roku i trzech miesięcy (również w zawieszeniu. Z kolei Joanna S. została uznana winną i skazana na rok oraz dwa miesiące pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary. Sąd skazał jeszcze trzech innych policjantów za załatwianie, bądź pośrednicze nie w obietnicach wręczenia łapówek przez kierowców. Dwie osoby – Jan W. i Dariusz K. zostały uniewinnione. Sąd nie dopatrzył się w ich czynach znamion przestępstwa. Jedna z tych osób, to kierowca auta zatrzymanego do kontroli drogowej.

Wyrok jest jeszcze nieprawomocny.

W policji już krążą komentarze na temat tego wyroku. Jeden z mundurowych (chce pozostać anonimowy, rzecz jasna) skwitował sprawę słowami: – Zawiasy?! No, to niezłe pajdy dostali!

74-latek sięgnął po siekierę. Może już nie wyjść z więzienia

Henryk B. siedział 15 lat za zabójstwo. Wyszedł z więzienia, znalazł schronienie u dalszych znajomych w bydgoskim Fordonie. Pół roku mieszkał u nich niecałe trzy miesiące. 19 listopada 2016 roku wydarzyło się coś, czego może żałować do końca życia.

Adam K., gospodarz domu cudem uszedł z życiem, mimo że dostał siekierą w głowę. Jego partnerka zmarła później w szpitalu. Miała osmolone drogi oddechowe i liczne ślady bicia.

Oskarżony Henryk B. teraz wypiera się, twierdząc, że nie ma z tym nic wspólnego. Jego proces właśnie się rozpoczął.

– Czy użył pan siekiery? – sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy zadała wczoraj pytanie oskarżonemu o zbrodnię Henrykowi B.

– Co proszę? Używać, używałem… – odpowiedział mężczyzna.

– Czy tamtego dnia użył pan siekiery? – sprecyzowała sędzia.

Kłopoty ze słuchem Oskarżony dopiero za drugim razem zrozumiał pytanie. Wcześniej, z uwagi na jego wadę słuchu, sędzia nakazała Henrykowi B. wstać z ławy oskarżonych i usiąść tuż przed pulpitem sędziowskim. Tak, by nie było problemów z komunikowaniem. 76-latek odpowiedział, że nie sięgnął po siekierę.

– Tamtego dnia rano pojechałem z Kazimierzem, bratem Adama, do banku odebrać emeryturę – wyjaśniał wczoraj B. – Wziąłem pieniądze. Poszliśmy na obiad. Wypiliśmy trochę… dwie ćwiartki wódki. Potem przyjechaliśmy do domu Adama. Kupiliśmy wódkę. Nie pamiętam, ile wypiłem. Ale byłem już pijany, położyłem się spać. Mężczyzna twierdzi, że kiedy się obudził, zniknęło mu kilkaset złotych emerytury. Miał pretensje do gospodarza domu, Adama K. Oskarżył go o kradzież. Między K. i B. wywiązała się szarpanina.

 

Henryk B. przebywa w areszcie. Jego proces trwa.

Zamach na dyrektora i świadek, który nie chce korony

W Bydgoszczy trwa dziwny proces. Już trzeci w tej samej sprawie. Na ławie oskarżonych Tomasz Gąsiorek, były biznesmen, właściciel ASO Mercedesa w Brzozie pod Bydgoszczą. Towarzyszą mu oskarżeni Henryk L., były boss przestępczy, Adam S., Tomasz Z. i Krzysztof B.

Na naszych łamach Gąsiorek zdecydował się zabrać głos w sprawie procesu, jego przewlekłości i niemocy sądu, który jest bezsilny wobec świadka koronnego odmawiającego współpracy: – Sąd może mówić, że nie wiadomo, gdzie przebywa świadek; że Zarząd Ochrony Świadka koronnego CBŚ odpisuje, iż nie ma kontaktu z nim – komentuje Gąsiorek. – A przecież rozwiązanie jest proste. Niech CBŚ nie wysyła mu pieniędzy (w ramach programu ochrony świadka koronnego, red.). Sąd tłumaczy za każdym razem, że nie może nic z tym zrobić, bo to jest pierwszy przypadek w Polsce, kiedy świadek koronny odmawia współpracy…

Kolejna rozprawa we wtorek 4 lipca.

Makabryczne odkrycie drwali

Włos jeży się na głowie po każdej kolejnej rozprawie w procesie Tobiasa B., Michaela N. i Patryka R. oskarżonych o dokonanie brutalnego zabójstwa w lesie w nadleśnictwie Gołąbek pod Cekcynem w 2015 roku.

Ostatnio w sądzie zeznawał Patryk R.: „Na początku to był taki głupi mój pomysł, żeby mieć w końcu spokój z Darkiem; żeby się go pozbyć. Tobiemu to się spodobało. Powiedział, że można go zastrzelić; że broń można załatwić. Zapytałem, czy on to mówi poważnie; a on na to, że tak. Spotkałem się z Michałem i powiedziałem, że Tobi może załatwić pistolet. Mówił, że nie; że to zbyt brutalne. Przedtem na ten temat tylko żarty były. Nikt oprócz Tobiego nie brał tego na poważnie.”

Ciało 27 czerwca 2015 roku znaleźli dwaj drwale.

– Znaleźliśmy świeżo poruszoną ziemię, a na niej leżący czub sosny – mówił wczoraj w sądzie Kazimierz P., jeden z dwóch drwali, którzy 10 dni po morderstwie natknęli się w lesie na zwłoki T. – Na głębokości jakichś 40 cm było coś białego. Myśleliśmy, że ktoś świnię zakopał. Ale tam była ludzka stopa. Wezwaliśmy na miejsce policję.

Oskarżonym grozi dożywocie.