platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Maj 2012

Morderstwo na festynie. „Archiwum X” po polsku

Po 14 latach dochodzeniowcy z Inowrocławia trafili na ślad sprawców mordu na ogródkach działkowych. W sądowych aktach nie ma ani śladu tego, w jaki sposób policji udało się zakończyć śledztwo zatrzymaniem podejrzanych. Podobno to robota „operacyjnych”. Podobno jeden ze sprawców wygadał się po pijaku… Grunt, że trop poprowadził kryminalnych tak, iż w końcu trafili w dziesiątkę. I odkopali ciało zamordowanej dziewczyny.

W Bydgoszczy w Sądzie Okręgowym właśnie ruszył proces dwóch mężczyzn oskarżonych o uduszenie 17-letniej Sylwii Cz. Jeden z nich ma obecnie 40 lat, zatem w 1997 roku był 25-latkiem. Dariusz Sz., bo o nim mowa, to bezrobotny kawaler bez zawodu. Wypiera się. W toku śledztwa wyznał, że nie przyłożył ręki do zabójstwa dziewczyny. On tylko pomagał w zakopaniu ciała.

W jego opinii mordercą jest Przemysław K. (15 lat temu miał 18 lat) – obecnie żonaty, ojciec dwójki dzieci w wieku 12 i 15 lat. Zanim w październiku ubiegłego roku trafił za kraty do tymczasowego aresztu, pracował jako stolarz. Był chwalony za sumienność. Jak twierdzi, zarabiał 1500 zł miesięcznie. Na policyjnym filmie z wizji lokalnej widać mężczyznę w brązowej porządnej, skórzanej kurtce, który wskazuje miejsce zakopania zwłok.

I właśnie jego zeznania w śledztwie posłużyły w dużej mierze do skonstruowania aktu oskarżenia w sprawie mordu. A zatem z wersji K. wyłania się następujący przebieg wypadków – by go prześledzić, musimy cofnąć się do wrześniowego dnia 1997 roku.

14 września przed w Inowrocławiu spółdzielnia mieszkaniowa organizowała osiedlowy festyn. Na zabawę wybrała się wówczas 17-letnia Sylwia Cz. Gdy nie wróciła do domu na noc, jej matka, Irena S. zaczęła się niepokoić. Zgłosiła zaginięcie córki. Poszukiwania trwały 14 lat… Najpewniej na festynie Sylwia spotkała Przemysława. Być może też spotkała Dariusza. W każdym razie razem poszli na działkę, która należała do rodziców K. Tam też spotkali – wciąż podkreślam, że to historia na podstawie zeznań tylko jednego z oskarżonych – wuja Przemysława. Ten zaczął się przystawiać do nastolatki. Zakrapiana alkoholem posiadówa przybrała tragiczny obrót. Dziś nie wiadomo, co się stało, że Przemysław K – jak twierdzi – dopadł Sylwię i zaczął ją dusić. I tu następuje zagadkowe kilkanaście minut. Kwadrans, który może przeważyć szalę procesu. Od ustalenia, co stało się stało przez tych parę chwil, zależy, czy Dariusz Sz. dostanie wyrok za współudział.

K. twierdzi, że dziewczyna podczas szarpaniny uderzyła głową w mur ogrodowej altany. Mówi, że nie wiedział, że umarła. Utrzymuje, że dopiero po chwili się zorientował. A gdy prawda wyszła na jaw, Dariusz Sz. miał złapać się za głowę i krzyknąć: – Co my odpier…liśmy!

W kilku następnych gorączkowych minutach podjęli decyzję – zakopią ciało. Według śledczych wrócili następnego dnia, wydobyli zwłoki, a nieco dalej wykopali głębszy dół. Podobno próbowali też spalić zwłoki. Wrzucali do grobu jakieś drewno i podpalili. Najwyraźniej nie mogli dłużej czekać, bo zdecydowali się zasypać dół ziemią. Według Sz. miał im w tym pomagać tajemniczy mężczyzna, niejaki Waldek.

Ciało Sylwii Cz. leżało półtora metra pod ziemią przez 14 lat. Od miejsca jej pochówku do inowrocławskiego urzędu miasta było kilkadziesiąt metrów. Proces trwa.

Kameleon, czyli banita

No i stało się. Zaczynam pisać bloga. Na początek proszę o wyrozumiałość szanownych Czytelników, którzy być może zechcą tu od czasu do czasu zajrzeć. Pisanie bloga podobno ma to do siebie (tak mnie ostrzegali znajomi, niektórzy z nich to prawdziwi blogowi weterani), że czasem szybciej człowiek coś napisze, niż pomyśli. Czasem chce błysnąć, zabić komuś ćwieka błyskotliwą ripostą. Co do mnie – jako, że ekstrawertykiem raczej nie jestem – takie loty zazwyczaj kończą się kacem. Przez duuuuże „K”. W każym razie częściej żałuję tego typu „improwizacji”.

Przepraszam zatem za tę moją grafomanię, której – obiecuję – będę się wystrzegał jak ognia. Ale, która może się pojawić tu i tam, niestety. I proszę jeszcze raz o wyrozumiałość oraz – owszem – o wytykanie mi tych wszystkich śmiesznot, które mogę niechcący popełniać. Biorę wszystko na klatę! Mam nadzieję, że wyjdę z tego żywy.

Jak więc mówi tytuł mojego debiutanckiego wpisu, dzisiaj będzie o ludziach-kameleonach. Zrobiłem mały rekonesans i okazało się, że w samym tylko województwie kujawsko-pomorskim policja poszukuje co namniej kilkunastu bandytów. Oczywiście nie mówię tu o alimenciarzach uchylających się przed psim obowiązkiem płacenia na własne dzieci. Mam na myśli przestępców z krwi i kości, recydywistów z wyrokami, którzy żyją w cieniu, zmieniają nazwiska, tożsamość, zawody. Byle tylko nie dać się złapać policji.

Jeden z takich mistrzów kamuflażu ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości już prawie 20 lat. Kryminalni z Zespołu Poszukiwań Celowych (specjalnie wydzielonej jednostki śledczej w bydgoskiej KWP) chcą go ująć, bo facet ma na koncie zarzut uśmiercenia swojej kochanki. Zabójstwa dokonał w 1992 roku w Poznaniu. Ślad się po nim urwał. Możliwości jest kilka. Albo już nie żyje, albo jest tak cwany, że już blisko dwie dekady pogrywa sobie w najlepsze z policjantami. Pytanie tylko, gdzie? W naszym regionie? A może wyjechał gdzieś dalej?

Sam fakt, że gość jest na wolności, to zła nowina. Równie zła – może dawno już ułożył sobie życie na innym kontynencie. Swego czasu miałem okazję porozmawiać z detektywem, pracującym w CBB (nie, to nie „państwowa” agenda zawodowych tropicieli:), tylko prywatne biuro). Śledczy zapewniał, że gros ludzi o przestępczej przeszości z powodzeniem wsiada na pokłady samolotoów, by szukać szczęścia w… Ameryce Południowej. Wiem, wiem, też w pierwszej chwili pomyślałem, że to żart. Od razu przychodzą na myśl takie oto historie – Argentyna, Eichmann, Klaus Barbie, Josef Mengele… Jednak bydgoski śledczy zarzeka się, że bywało, iż musiał przerwać poszukiwania dłużnika na zlecenie, bo ślad urywał się w Argentynie, Meksyku, Brazylii. A jak wiadomo z tymi państwami umów ekstradycyjnych nie mamy.

Swego czasu nasi rodzimi bandyci szukali „azylu” w Niemczech, czy w Hiszpanii. Na Półwyspie Iberyjskim kilka lat temu wpadł między innymi Stefan Ch., ścigany za udział w porwaniu dla okupu dwóch Holendrów. Ta historia miała swoje drugie dno – w tym przypadku chodziło o wyrównanie rachunków za pomoc w zorganizowaniu plantacji „marychy” pod Bydgoszczą. W lutym tego roku w Niemczech, w Westfalii wpadł inny poszukiwany – Adam S. Ten z kolei ma zarzut zabójstwa.