platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Październik 2012

Gdyby Ryszard Ochódzki wciągał amfetaminę

Warszawa, rok 1980. Przed drzwiami mieszkania Ryszarda Ochódzkiego w asyście kochanka z ministerstwa i dwóch tragarzy czeka Irena, jego żona, z którą Rysio jest w stanie separacji. Ochódzki otwiera drzwi półprzytomny po nocnych baletach. Gdy w końcu udaje mu się wciągnąć na grzbiet niebieską pidżamę, podchodzi do stolika w salonie i nie zważając na przebywające w jego mieszkaniu osoby postronne, które przyszły z Ireną, zwraca się do żony słowami: – Napijesz się czegoś? – Nie, dziękuję – krótka odpowiedź. I w tym momencie pada kwestia, którą niezaprzeczalnie można zaliczyć do kanonu (mojego) ulubionych dialogów filmu „Miś”. Tragarze, jak wiadomo chlapnąć sobie lubią i to często z samego rana. Robotnik w charakterystycznym beretecie wyczuwa zatem swoją szansę i lekko kłaniając się rzuca do Rysia: – A ja, jeśly pan pozwoly, bardzo chętnie.

Gdyby Bareja żył i gdyby w dalszym ciągu tworzył filmy (albo lepiej – gdyby dopiero w obecnych czasach wpadł na pomysł nakręcenia „Misia”) to – według mnie – Ryszard Ochódzki mógłby śmiało zapytać Irenę: – Wciągasz? (i wskazać przy tym na woreczek amfetaminy leżący na stoliku w salonie). A tragarz pewnie odpowiedziałby tak samo, jak w pierwowzorze dzieła polskiej kinematografii (bo przecież to kwestia ponadczasowa): – A ja, jeśly pan pozwoly, bardzo chętnie.

No dobra, może to lekka przesada. Z góry przepraszam wszystkich „barejowskich” ortodoksów za to świętokradztwo. Idąc jednak za ciosem dodam coś jeszcze. I nie boję się konsekwencji: Bareja mógłby śmiało przenieść Ryszarda Ochódzkiego z całym jego mieszkaniem i amfetaminą do bydgoskiego Fordonu.

Otóż ta największa dzielnica Bydgoszczy, która liczy sobie z górką 70 tys. mieszkańców, jeszcze do końca września była terenem działania amfetaminowego dilera liczącego 31 lat, a znanego jako „Radziu”. „Radziu” zdaniem bydgoskiej prokuratury okręgowej pracował dla swojego szefa – Tomasza B. zwanego z kolei „Kadafim”. Nasz „bohater” usłyszał zarzut obrotu „dużymi ilościami narkotyków”. Jak duże były to ilości, niech poświadczą liczby przywoływane przez śledczych. Otóż „Radziu” za to, że mógł sam, jako monopolista bez żdanych przeszkód sprzedawać amfetaminę na swoim fordońskim podwórku, płacił szefowi miesięczny abonament. Opłata wahała się, z uwagi na chwiejną koniunkturę, w okolicach 20 tys. zł. Teraz matematyczna zagadka z wieloma niewiadomymi: ile nasz diler miał mesięcznego dochodu z tego biznesu? Kilka, kilkanaście tysięcy? Z dobrze poinformowanego źródła wiadomo, że „Radziu” miał wyciągać miesięcznie brutto około 50 tys. zł.

Nigdy nie zarobiłby takich pieniędzy, ani nie za wpadłyby one do kieszeni gangstera „Kadafiego”, gdyby nie było popytu. Bo przecież nikt nie wpycha amfetaminy ludziom spotkanym na ulicy, nikt ich nie futruje białym proszkiem z zaskoczenia. To była sprzedaż hurtowa, sprzedaż masowa, stałym, pewnym, chętnym i oczekującym transakcji odbiorcom. Zdaję sobie sprawę, że w tej historii nikt (a już na pewno nie ja) nie odkrył Ameryki. Narkotyki były i będą. Tak samo, jak ludzie, którzy chętnie je kupują. Mimo to skala przeraża.