platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Opowieści ze spacerniaka część pierwsza

Obejrzałem po raz kolejny „Symetrię” (reż. Konrad Niewolski, 2003). To jeden z tych niewielu filmów, przy oglądaniu których pochłania się łapczywie każdą minutę, każdą sekundę i każdą kolejną klatkę. Film ukazuje więzienną rzeczywistość sprzed dziesięciu lat. Za każdym razem, gdy go oglądam, nie mogę wyjść ze zdumienia i wciąż nasuwa się to samo pytanie – tam tak rzeczywiście jest, za kratami? Rzeczywiście jeszcze są grypsujący i frajerzy? Rzeczywiście o życiu lub śmierci słabszego decyduje to, czy umyje szklankę silniejszemu? Czy ma się dobrą „bajerę” u współwięźniów? Czy może jako „frajer” trzeba szybko przemykać po spacerniaku wyczekując powrotu do bezpiecznej celi?

No i po wizycie w fordońskim więzieniu, czułem się, jakbym dostał obuchem w łeb. Nie, nie… Nie chodzi o to, że kiepskie warunki, klawisze-sadyści wyżywający się na więźniach-socjopatach. Nic z tych rzeczy. Kultura nawet. Teraz skazany jest bardziej klientem zakładu, niż przestępcą odbywającym karę. Ma prawo do widzeń, codziennego spaceru, kształcenia się; nawet do pracy za murami więzienia. Oczywiście, jeśli będzie się przykładnie zachowywał i zbierał „resocjalizacyjne” plusy na swojej karcie ocen. Humanizacja więziennictwa posunęła się do tego stopnia, że jeżeli jest się wyznawcą tej to a tej religii, to pisze się wniosek o zmianę menu. I w Fordonie kilka lat temu znalazł się, na przykład muzułmanin. Służba więzienna – a jakże – przychylnie rozpatrzyła jego wniosek o uwzględnienie baraniny w karcie dań. Strażnicy mówią: – Jak mieliśmy to sprawdzić, czy on rzeczywiście wyznaje islam? No po prostu, liczy się deklaracja i tyle. W sumienie przecież człowiekowi nie zajrzymy – tłumaczą wychowawcy. I trudno im odmówić racji.

Dość jednak tych peanów. Uderzyło co innego. Jak wiadomo, w rozmowie wychodzą różne ciekawe rzeczy. A im rozmowa bardziej serdeczna, poufała, na luzie, tym te rzeczy są ciekawsze. Tak więc NIEOFICJALNIE się dowiedziałem, że jeszcze kilka lat temu przypadki samookaleczeń w więzieniach były na porządku dziennym. Do tej drastycznej codzienności należało podcinanie sobie żył, wkłuwanie w gałki oczne miedzianych drutów. Po co to wszystko? Psycholog ma na to proste wytłumaczenie: Wyobraź sobie człowieku, że trafiasz do celi z naprawdę nieprzyjemnymi typami. Takimi, których spotyka się w ciemnym zaułku i z tego zaułka już się nie wychodzi. A jak się wyjdzie, to już bez pieniędzy, za to możliwe, że z raną kłutą. W najlepszym razie po otrzymaniu potężnego kopniaka na wątrobę. I co ty – początkujący kryminalisto – zrobisz, kiedy typy takiego formatu zaczną ci zatruwać życie? Otóż, chcesz się wyrwać od nich. Problem polega jednak na tym, że więzienie to nie hotel. Nie zadzwonisz do recepcji i nie poprosisz o przebukowanie pokoju. Twoją drogą ucieczki są podcięte żyły, połknięta garść monet, czy nawet uszkodzone oko. A bezpiecznym azylem – szpitalny oddział więzienny.

Jeszcze dawniej bywało jeszcze gorzej. „Ejdsowcy” – jak do dzisiaj mówią więźniowie – w więzieniach lat 80. wstrzykiwali sobie w żyły… śmierć. Do dzisiaj nie wiadomo, do ilu samozakażeń wirusem HIV doszło w polskich więzieniach z tamtego okresu. Z całą pewnością jednak ówcześni osadzeni nie zdawali sobie sprawy, że wkłuwając zakażoną igłę, sami wydają na siebie wyrok śmierci.

W filmie „Symetria” w jednej z pierwszych scen stary recydywista wita nowego współwięźnia w celi. Ten drugi – swoją drogą w filmie niewinny – stoi przy drzwiach, przyciska do piersi więzienny koc i z przerażeniem próbuje uniknąć spojrzenia w twarz kryminaliście. Stary rzuca do młodego: „Grypsujesz?!” Młody pyta, co to znaczy. Pada odpowiedź: „Grypsera to więzienna elita. A frajer… to frajer!”

Telefon do redakcji. Dzwoni oburzony więzień. – Dlaczego pan pisze o tych grypsujących? Przecież to największe męty. Uliczni menele, którzy tylko okradają współwięźniów. Mówię panu, to menażeria najgorszego sortu, śmieci. Kiedyś to było inaczej. Wiem, bo już niejedno więzienie zwiedziłem – mój rozmówca nawet ma ochotę pożartować. – Wie pan, grypsera przyszła do nas ze Związku Radzieckiego. No, to wtedy, rzeczywiście była kultura więzienna. I zasady honorowe obowiązywały… i kodeks więzienny. To była prawdziwa elita…

Tym samym dostałem odpowiedź chociaż na kilka nurtujących mnie pytań.

Komentarze (1) do “Opowieści ze spacerniaka część pierwsza”

  1. Recman napisał(a):

    Taka prawda teraz tylko grypsujacy starszej daty maja jakies tam zasady mlodzi ida siedziec dwa miesiace i on wielki grypsujacy a na wolnosci frajerskie numery robi… dlatego zaraz takiego trzeba na dziure walic i nie ma klopotu poZdro!

Zostaw komentarz