platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Maj 2013

Żeby krówka zdrowa była

Z całej serii filmów o przygodach doktora Lectera jedną ze scen, która najbardziej zapadła mi w pamięć, jest ta ujęta w części „Hannibal”. Oto Mason Verger, koszmarnie oszpecona dawna ofiara zbrodniczego doktora psychiatrii, na swoim ranczo ukrytym gdzieś pośród wzgórz Toskanii tresuje krwiożercze świnie. Rzucają się na człowieka i pożerają go żywcem. Taki sam los miał spotkać potem Hannibala Lectera. Po obejrzeniu filmu jakoś długo ta scena nie korelowała się z sielankową wizją Toskanii i pięknej Florencji. Obrzydzenie do tej mrocznej, aczkolwiek przecież  będącej fikcyjną, filmową kreacją wiejskiej strony Włoch nie ustępowało nawet, gdy potem w ramach „odtruwania” po raz setny oglądałem „Ojca Chrzestnego”. W końcu przeszło.

Ten cierpki i podejrzany posmak skojarzenia z mocną sceną z „Hannibala” powrócił jednak niedawno. Przy okazji uboju. Dokładnie uboju świń, krów i… zasad działania punktów skupu żywca. A to za sprawą „chodzenia” przy temacie kontroli lekarzy weterynarii u kujawsko-pomorskich hodowców. Świeża jeszcze przecież jest afera z punktem skupu żywca na północy naszego województwa. Nazwy nie będę wymieniał ze względu na swobodną stylistykę charalteryzującą internetowy blog. Grunt, że chodziło o zarzuty niehumanitarnego uśmiercania świń przed wywózką do przetwórcy, który ukręci z nich „polską białą”. Morbitol, zabójczy środek wstrzykiwany prosto w oczy zwierząt, formalnie wycofano z obrotu już ładnych parę lat temu. Zwierzęta zabijane w ten sposób cierpią długo, męczą się, zanim ustaną ich wszystkie funkcje życiowe. Podobno są jednak wciąż miejsca, w których w ten sposób męczy się zwierzęta. Ten wątek to jednak tylko preludium do innego dramatu z udziałem przyszłych golonek, schabów, karczków i ogonówek w roli głównej.

Otóż w ostatnich trzech latach lekarze weterynarii skierowali do prokuratur w naszym regionie 41 spraw dotyczących zarzutów naruszenia prawa przy okazji nie tylko uboju, ale też przewozu zwierząt, działania masarni, czy punktów skupu żywca. Z tego aż 34 bądź umorzono, bądź też w ogóle odmówiono wszczęcia postępowania. Dlaczego? To właśnie zagadka. Ręce rozkładają i lekarze weterynarii i… śledczy prokuratury. Okazuje się bowiem, że gros tych spraw może dotyczyć handlu chorymi lub wręcz martwymi zwierzętami. Taki biznes. I to dobrze zorganizowany. Jest to interes, w który mogą być zaangażowani zwykli hodowcy, właściciele punktów skupu zwierząt przeznaczonych na ubój, a nawet… no właśnie. Dopóki dowodów nie ma, nie ma też sensu ferować wyroków. Jedno jest jednak pewne, że proceder handlu chorymi, słabymi świniami i krowami, które powinny zostać poddane eutanazji (a nie trafiać do białej kiełbasy, czy mielonki wołowo-wieprzowej), nie mógłby w ogóle istnieć, bez fałszowanych papierów weterynaryjnych.

To, co udało się jednak ustalić, to ceny. Otóż podobno za jedną chorą krowę sprzedaną do punktu skupu żywca hodowca może dostać od trzystu do pięciuset złotych (inaczej musiałby te pieniądze wydać, a nie schować do portfela. Poszłyby na eutanazję chorego zwierzęcia i jego utylizację). Tymczasem właściciel punktu skupu zarabia dalej na tej jednej chorej krówce od 2 do 2,5 tys. zł. „To biznes zorganizowany jak narkotykowy” – mówi dobrze poinformowane źrodło. „W każdą transakcję jest zaangażowanych od kilkunastu, do kilkudziesięciu osób. Oni przymykają oczy na proceder. I nikomu nie zależy na tym, by przestępstwo ujawnić”.

No, cóż. Takiego koszmaru to nawet niezapomniany Hannibal Lecter by się nie powstydził.