platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Listopad 2013

Prawnukowie Ala Capone porzucają ortalion

Jest taki film Jacka Skalskiego z 1994 roku, „Miasto prywatne”. Jeden z wielu powstałych na fali obrazów Pasikowskiego z „Psami” na czele. W początkowej scenie, która rozgrywa się w miasteczku pod Warszawą, grupa młodych bandytów pod wodzą „Pawika” granego przez Lindę wznieca pożar. Członkowie gangu w większości odziani w ortalionowe dresy do kompletu z dżinsowymi kamizelkami i obwieszeni łańcuchami, są pijani. Patrzą jak oczarowani na płonące podmiejskie budy. W następnej scenie przy ognisku i zataczając się od litrów wypitej gorzały śpiewają na nutę „Domu wschodzącego słońca”: „W więziennym szpitalu, na zgniłym posłaniu nieznany młodzieniec umiera!”

Film opowiada historię gangu, który z młodzieżowej bandy chuliganów przeistacza się w grupę bezwzględnych morderców o cechach regularnej mafii. Przestępcy jednak do końca – no może poza samym Lindą, filmowym „Pawikiem” nie wychodzą z roli prowincjonalnych oprychów, których codziennym mundurem i znakiem rozpoznawczym jest nieśmiertelny dres.

Dziewiętnaście lat później – nawet, jeżeli z przymróżeniem oka traktować filmowy obraz przestępczego światka – rodzimi gangsterzy są lata świetlne dalej. W dobrym tonie jest nie tylko nosić się inaczej. W dobrym tonie jest też umiejętnie grać na nosie – a jakże – kontroli skarbowej! Bo o ile prokuratorskie akta coraz rzadziej zapełniają nazwiska rzezimieszków i złodziei „ciułających” grosze z ordynarnych, brutalnych kradzieży i napadów, to coraz częściej śledczy rozpracowują grupy specjalizujące się w praniu brudnych pieniędzy. Oczywiście w latach dziewięćdziesiątych też prano na potęgę. Pranie odbywa się teraz jednak częściej i coraz częściej również przybiera niesamowicie zakamuflowane, wręcz wyrafinowane formy.

Prano zawsze, a prekursorem był nie kto inny, tylko chicagowski boss Alphonse Gabriel Capone. Fortuny dorobił się na całym spektrum przestępstw, jak na rasowego gangstera przystało. A w latach 30., w epoce prohibicji, jak wiadomo,  budował swoją pozycję głównie na pokątnym handlu alkoholem. Inspektorzy skarbówki jednak nie chcieli dać spokoju obywatelowi Capone. I bezczelnie czepiali się jego dochodów. Rzecz jasna w tym czasie już Al zdążył w Chicago rozkręcić niezły biznes, który miał nadzieję, nada pozory pewnej legalności jego przedsięwzięciom. Oto jego sieć pralni chemicznych dzień i noc prała nie tylko kalesony, tweedowe marynarki i suknie wieczorowe. Codziennie do utargów dopisywano niewielkie, prawnie niezauważalne sumki. Dlatego, gdy Capone rozliczał się z fiskusem, rzadko kiedy inspektorzy skarbowi mogli znaleźć na niego haka. Tak narodziło się „pranie pieniędzy”.

Kto dzisiaj pierze? Śledczy pytani o sytuację w naszym regionie, mówią: W całej Polsce piorą wszyscy. Problem w tym, by z fali drobnych oszustów wyłuskać, wytropić i oskarżyć, a w efekcie też skazać tych, którzy piorą miliony. Bo za milionowymi transakcjami idą głównie takie niecne postępki, jak: handel narkotykami, czerpanie zysków z domów publicznych oraz morze prymitywnych wyłudzeń, kradzieży, napadów, oszustw. W tych ostatnich również prokuratura wymienia… strategiczne branże przemysłu: budowlaną i obrót paliwami.

W ubiegłym roku w całej Polsce wyprano około 10 mld zł. Wyroki sądowe zapadły w około 170 sprawach, w których zabezpieczono około… 500 mln zł. To znaczy, że tyle pieniędzy jest do odzyskania przez skarb państwa. Z jakiego tytułu? I tu dochodzimy do sedna problemu: chodzi mianowicie o wyłudzenia podatku VAT. I w tej materii miejsce w przestępczej historii Polski zapewnili sobie oszuści z Bydgoszczy.

To właśnie nasi, lokalni „przedsiębiorcy” byli autorami jednego z największych przekrętów lat dziewięćdziesiątych. Otóż pewna grupa (nazwy firmy pozwolę sobie nie wymienić) w połowie lat 90. zorganizowała pierwszy w historii naszego kraju „skok na VAT”. W dokumentach musiał wszystko się zgadzać. I tak oto sprowadzono do Polski z USA maszynę przemysłową (pierwszą wówczas w kraju) za okrąglutki milion dolarów. Sfingowano następnie transakcję z Litewską firmą, która była zainteresowana kupnem tejże. Litwini oczywiście kupili machinę dziwnym trafem nie targując się z polskim sprzedawcą. Sprzęt został wywieziony do Wilna. Jak wiadomo, za wywóz z kraju przysługiwał zwrot całych 20 procent od okrągłego miliona zielonych. Bydgoski urząd skarbowy oczywiście wypłacił z tego tytułu przedsiębiorcom znad Brdy 200 tys. dolarów. Sprawa odbiła się wielkim skandalem dopiero kilka lat później, kiedy okazało się, że skarbówkę ktoś zrobił w balona.

Jak? Wyobraźmy sobie, że transakcję przygotowała firma-krzak, a rzeczona droga maszyna istniała tylko na papierze. Co się z tym wiąże, również litewski odbiorca nie istniał. Cała historia, która w papierach wyglądała całkiem wiarygodnie, okazała się wielką mistyfikacją. Dokumenty sfingowano w zaciszu gabinetu pewnego, kreatywnego i dobrze opłaconego księgowego.

A to tylko jedna z wielu podobnych historii. O nich wkrótce.