platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 27 lutego 2014

Jak stolarz stał się bandytą

Kryminalistą trzeba się urodzić? Indyjscy genetycy, którzy przeprowadzili kilka lat temu badania kilkuset osadzonych w tamtejszych więzieniach twierdzą, że istnieje „gen przestępcy”. Nie jest jednak przesądzone, że człowiek noszący w swoim genotypie taki pierwiastek, koniecznie musi w którymś momencie życia wejść w konflikt z prawem. Bohater pewnej sprawy, jaka trafiła do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy przez większość swojego życia nie miał pojęcia, że przyjdzie mu zmienić fach na… rozbójnika.

W swojej rodzinnej miejscowości pod Bydgoszczą Krzysztof C. miał nieposzlakowaną opinię. Dobry stolarz, fachowiec. Ot, rzemieślnik. W 2002 roku w jego życiu nastąpił jednak zwrot o 180 stopni (by użyć wyświechtanej metafory). A to z tej przyczyny, że dług zaciągnięty – jak to później określił w sądzie – u niewłaściwych ludzi, sięgnął już 70 tys. zł. Nie jest odkryciem, że stolarzowi taką sumę trudno byłoby zarobić w krótkim czasie, a tym bardziej zaoszczędzić. Krzysztof, który zeznawała jako jeden z głównych oskarżonych w kryminalnym procesie w bydgoskim SO twierdzi, że odsetki od jego pożyczki rosły szybko. Zbyt szybko. Jako niewypłacalnemu dłużnikowi wierzyciel przedstawił mu swoja propozycję. Była to oferta nie do odrzucenia.

– Skoro – Krzysztof C. cytował w sądzie słowa swojego pożyczkodawcy – nie możesz mi zwrócić długu w gotówce, odpracujesz go. Dla mnie.

Nasz bohater szybko przystał na propozycję. Jego sytuacja była tak opłakana, że z tą ofertą nawet się nie przespał. Minęły dwa tygodnie. czas, jak opowiadał Krzysztof, w którym zdążył już zapomnieć o umowie z wierzycielem. Tamtego dnia odebrał telefon. Rozmowa była krótka. Po odłożeniu słuchawki wszystko stało się jasne. Krzysztof dostanie broń, ale musi sobie we własnym zakresie zorganizować czarną kominiarkę.

15 listopada 2002 roku w jednej z podbydgoskich miejscowości (nie w tej, gdzie mieszkał) „zamaskowany mężczyzna grożąc bronią zażądał wydania gotówki od kasjerki w lokalnym oddziale banku”. Z kasy zniknęły 4 tysiące zł. Poszło szybko i sprawnie. Posypały się kolejne zlecenia. Krzysztof, rzecz jasna, nie działał sam. Napadów na oddziały bankowe, konwoje, hurtowników przewożących papierosy, komputery, alkohol, właścicieli sklepów wiozących całodzienny utarg na tylnym fotelu auta chłopcy dokonywali w różnych konfiguracjach. W późnej sporządzonych dokumentach z prokuratorskiego śledztwa przewijały się jednak wciąż te same imiona i nazwiska: Błażej Z., Eugeniusz M., Rafał T., Marek Z.

Na opłotkach Bydgoszczy rozbójnicy wybrali sobie na cel dostawcę znanej firmy kurierskiej. Wyciągnęli kierowcę z auta, skrępowali taśmą klejącą i przewieźli do pobliskiego garażu. Ukradli mu 700 zł. Na kolejną akcje nie czekali długo, już następnego dnia ich ofiarą stał się pracownik innej firmy kurierskiej. Tym razem łup był o wiele większy. Uciekli z papierosami o łącznej wartości 46 tys. zł.

Jeszcze w czasie śledztwa Krzysztof C. wyznał przesłuchującym go policjantom, że wypranie brudnych pieniędzy z napadów nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc innego ze wspólników, Piotra Ch. – Początkowo był tylko naszym paserem. Zwyczajowo brał 25 procent od sklepowej ceny tych towarów.

Grudniowego dnia 2005  roku przyszli do agencji banku PKO w Inowrocławiu. Klientów obsługiwał kasjer, a na zapleczu krzątała się jego żona. Długo nie zwlekali z rozpoczęciem akcji. Padły strzały, kasjer dostał potężny cios kolbą w głowę.  Napadu jednak nie zaliczyli do udanych. Spłoszyli się, gdy zdali sobie sprawę, że kasjer nie jest sam.

Tego samego roku w Bydgoszczy Krzysztof wraz ze swymi kompanami przygotowywał skok na inną agencję PKO. Napad mogli zaliczyć do udanych, bo odjeżdżając z miejsca przestępstwa zdążyli schować do torby ponad 32 tysiące zł. Rok później kierowca ciężarowego iveco zatrzymany w rejonie Gruczna pod Świeciem, został wywleczony z szoferki i przywiązany do drzewa. Rozbójnicy ukradli wtedy papierosy. Był to łup warty ponad 100 tys. zł.

Już w tym czasie śledczy wpadli na trop szajki rozbójników. Deptali im po piętach. Pierwszy wpadł w 2008 roku. A ostatnim z zatrzymanych w 2013 był… Krzysztof. Zważywszy na fakt, że przyznał się do wszystkich tych rozbojów, może pewnie liczyć na jakieś złagodzenie kary. Tylko, czy ta historia o zmuszaniu do napadów to prawda? A może tylko bajeczka na użytek sądu?

Wszelkie dane z uwagi na łatwość skojarzenia osób i miejsc została zmienione.