platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 31 marca 2014

Pruszków kontra Wołomin w… Bydgoszczy

Choć czasy „wybuchowej” Bydgoszczy minęły jakieś czternaście lat temu, to echa tamtych gangsterskich porachunków jeszcze nie wybrzmiały. Dźwięczą w sądowych murach. Przynajmniej trzy sprawy z tamtego okresu nie zostały jeszcze wyjaśnione. Mało tego, dopiero teraz na światło wychodzą fakty, które jednoznacznie pokazują, jak środowisko kryminalistów z naszego kujawsko-pomorskiego podwórka było związane z interesami… pruszkowskiej mafii.

Samo określenie wybuchowa można odnieść do głośnego (nie tylko w przenośni) zamachu na Waldemara W., bydgoskiego gangstera o pseudonimie „Książę”. Feralnej nocy 1999 roku, gdy wsiadł do swojego mercedesa zaparkowanego przy ulicy Dworcowej i przekręcił kluczyk w stacyjce, nastąpiła eksplozja. Wybuch oderwał W. obie nogi.  O ten zamach obwiniano innego bydgoskiego bossa, Henryka L. „Lewatywę”. Z tym, że w hierarchii półświatka „Lewatywa” znajdował się niżej od „Księcia”. Świadkowie, którzy do dzisiaj zeznają w procesie (w którym L. jest głównym oskarżonym) o zamach w 1999 roku na Piotra Karpowicza, szefa Oddziału Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód PZU, mówią o „Lewatywie” najczęściej jako o „pretendencie” do przejęcia władzy w mieście po „Księciu”. On sam zresztą też nie miał spokojnego życia. Kilkakrotnie rywale próbowali się go pozbyć. Raz nawet strzelając do niego w dzień jego ślubu…

Ale nie o tym mowa. Tylko o… Pruszkowie. Otóż po raz kolejny okazało się, że chłopcy od „Pershinga” (Adama K., nieżyjącego już bossa mafii) z Bydgoszczą wspólnego mieli niemało. A przynajmniej wiadomo, że nad Brdę regularnie przyjeżdżali w interesach. Proces w sprawie śmierci Karpowicza wciąż trwa, mimo że od zamachu na ubezpieczyciela minęło z górką 15 lat. Na ostatniej rozprawie w bydgoskim Sądzie Okręgowym zeznawał Adam Z. Ten świadek, którego sędzia przesłuchiwał ze pośrednictwem telełącza, odpowiadał na pytania z sali aresztu śledczego w Krakowie (gdzie zresztą do dzisiaj odbywa karę za swoje dawne grzeszki). Wyznał, że był w przeszłości związany ze służbami specjalnymi (jakimi? tego nie zdradził), ale to nie przeszkodziło mu też dorabiać jako… windykator „Pruszkowa”. I z ramienia tej właśnie organizacji odwiedzał Henryka L. (prowadzącego w latach 90. w Bydgoszczy firmę pośredniczącą w handlu autami), od którego obierał „opłaty za ochronę”. Ciekawe, swoją drogą, czy równolegle „Książę” opłacał się rywalom pruszkowskich chłopców, tj. mafii wołomińskiej. To pozostanie już pewnie tajemnicą

Pewne jest za to, że co najmniej raz „Pruszków” złożył wizytę (również chodziło o zdjęcie haraczu) pewnemu bydgoskiemu restauratorowi. Ten twierdzi, że skończyło się tylko na małym „remoncie” pubu: gentelmeni spod stolicy weszli do lokalu i zrobili użytek w kijów bejsbolowych. Restaurator do dzisiaj zarzeka się, że odwiedziny miały miejsce tylko raz i mimo jego zdecydowanego sprzeciwu wobec „propozycji” płacenia za ochronę klubu (zawoalowane określenie haraczu), nigdy więcej już nikt go nie nachodził.