platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Kwiecień 2015

Synowie Mario Puzo

Piotr M. drwi sobie w sądzie z zeznań, jakie w jego sprawie składali świadkowie. Mówi, że to „wymysły rodem z powieści Mario Puzo”. Tak samo zresztą odnosi się do treści aktu oskarżenia bydgoskiej prokuratury: – Śledczych poniosła fantazja – twierdzi.

W Bydgoszczy właśnie rozpoczął się jego drugi proces. Skierowany do rozpoznania bydgoskim sędziom przez Sąd Najwyższy. M. to jeden z groźniejszych gangsterów w Polsce. Przez lata przestępczej kariery przylgnęła do niego łatka „księgowego grupy Szkatuły”. Członkowie tego warszawskiego gangu słynęli z bezwzględności w wymuszaniu haraczy i usuwaniu konkurencji na rynku gangsterskich interesów. Po rozbiciu grupy niektórzy jej członkowie postanowili rozpocząć indywidualne „kariery”. Jednym z nich był właśnie Piotr M.

Kilka lat temu zaszył się w Hiszpanii. Osiadł w portowym mieście Alicante na południu Katalonii i postawił na biznes. Interes, na którym – jak twierdzi – zarabiał średnio 2 tysiące euro miesięcznie, był legalny tylko z pozoru. Tak naprawdę – jak chcą śledczy – był szefem potężnej organizacji zajmującej się handlem bronią i przerzucaniem kokainy, amfetaminy i heroiny z południa Europy do Wielkiej Brytanii. Do tego przedsięwzięcia wykorzystywał głównie Polaków. Część z nich łączyły silniejsze, bądź luźniejsze związki z gangiem „Szkatuły”. Piotr M. miał zwyczaj, którego trzymał się przez kilka lat. Kierował się mianowicie zasadą, że w domu jest najbezpieczniej. Prawie nie ruszał się z sennego Alicante. Co więcej, miał rzekomo odganiać byłych wspólników, którzy odwiedzali go i bezczelnie składali propozycje nowych przestępczych przedsięwzięć!

Jeden z nich miał podobno kiedyś odwiedzić M. w jego posiadłości i zaproponować mu wspólny interes, który polegałby na dostarczaniu marihuany do Wielkiej Brytanii. Dawny kumpel otworzył bagażnik swojego auta, w którym leżał owinięty w folię trzykilogramowy brykiecik suszu z konopi. Rzecz sprowadzała się do tego, że kolega po prostu… nie miał pieniędzy na rozpoczęcie „działalności”. M. miał unieść się oburzeniem i odpalić z miejsca: – Zejdź mi z oczu! Sprowadzasz niebezpieczeństwo na mnie i moich bliskich.

Z zeznań świadków, którzy już składali wyjaśnienia w procesie wyłania się jednak zupełnie inny obraz M. Jeden z nich opowiedział policjantom CBŚ i śledczym prokuratury znamienną historię. Świadek miał mianowicie współpracować z M. Szef zabrał go pewnego dnia na przejażdżkę do pobliskiego miasteczka, w którym stał zabytkowy kościół. W cieniu gotyckich kolumn ów świadek – to relacja przesłuchiwanego – miał złożyć uroczysta przysięgę lojalności wobec „rodziny” M. Inni podwładni „księgowego Szkatuły” podobno złożyli podobne przysięgi. Część z nich powtórzono już w Polsce w… Licheniu. Cóż, jeśli już mafia, to pełną gębą. Takiej historii sam Puzo by się nie powstydził.