platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 30 czerwca 2015

Niespokojny sen zabójcy

Prawie 21 lat minęło od śmierci 22-letniej Joanny S. Jej zabójstwo wstrząsnęło mieszkańcami Bydgoszczy. Morderca wchodzi do mieszkania, pozbawia życia młodą, piękną kobietę i znika. Zabiera ze sobą tylko gotówkę, którą dziewczyna przechowywała w barku. Śledczym trudno przyjąć, jakim motywem kierował się sprawca. Jednym z pierwszych podejrzanych o zamordowanie bydgoszczanki w wieżowcu przy ulicy Żmudzkiej, był jej narzeczony. Szybko jednak okazało się, że ten trop jest fałszywy. Mężczyzna miał mocne alibi. Ostatecznie już na wczesnym etapie śledztwa został oczyszczony z wszelkich podejrzeń.

Mija 20 lat. W tym czasie dochodzenie trafia do policyjnego „Archiwum X”. Sprawa leży zamknięta w teczce zawierającej materiały i ustalenia sprzed lat. Kryminalni jednak nie dają za wygraną. Śledztwo choć zamrożone, nie jest zamknięte. Sprawca okrutnego zabójstwa przecież gdzieś żyje, pracuje, może ma rodzinę, dzieci. Te pytania spędzają sen z powiek policjantom, którzy przez lata tropili mordercę. Przełom następuje w 2014 roku. Kryminalni z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy zatrzymują niejakiego Sławomira G. Zostaje podejrzanym w tej sprawie. Mija jeszcze parę miesięcy. Akt oskarżenia trafia do sądu.

Jednym z kluczowym śladów, po których śledczym udało się ustalić domniemanego sprawcę zbrodni przy Żmudzkiej, są odciski pozostawione na… wtyczce od odkurzacza. Krew mrozi informacja przekazana przez śledczych na jego temat. To informacja lakoniczna, ale ścinająca z nóg: „To osoba znajoma. Z bliskiego kręgu znajomych”. Na filmie z doprowadzenia podejrzanego do sądu widać wysokiego, barczystego, ale garbiącego się i osłaniającego twarz mężczyznę. Proces Sławomira G. rozpocznie się pod koniec lipca. Grozi mu 25 lat więzienia, albo dożywocie.

Deus ex machina? Nie, to tylko proces

Gromy się sypią na głowy biegłych sądowych. A to, że wydają opinie w procesach z kilkutygodniowym, czasem kilkumiesięcznym poślizgiem. A to, że bywają niekompetentni; że – choć nauka jest nauką – bywa, iż dwaj specjaliści z tej samej dziedziny, kiedy przychodzi do konfrontacji na sali sądowej, wydają skrajnie odmienne opinie. I bądź tu mądrym, chciałoby się powiedzieć.Proces, który został wznowiony w bydgoskim sądzie okręgowym, jest jednak dowodem na to, że instytucja biegłego bywa przydatna. I to bardzo.

Szczególnie kiedy opinia wydana na wniosek oskarżyciela, obrońcy, albo sędziego odkrywa być może – i tu nie boję się użyć tego słowa – niekompetencję organów ścigania. A szczególnie policji wykonującej w tym konkretnym przypadku czynności śledcze pod nadzorem prokuratora. Sprawa nie byle jaka, bo chodzi o zabójstwo.

W marcu ubiegłego roku zginął człowiek. Zabójstwo miało miejsce w bloku na osiedlu Leśnym w Bydgoszczy. Sekcja zwłok jednoznacznie wykazała, że przyczyną zgonu Gerarda J. była rana zadana w klatkę piersiową. Ostrze noża wbite w ciało ofiary trafiło w worek osierdziowy powodując następnie „tamponadę mięśnia sercowego”, a w następstwie śmierć. Tu warto zaznaczyć, że okoliczności tego zdarzenia również są istotne. Miało ono miejsce w czasie – jak to się nazywa – „biesiady suto zakrapianej alkoholem”. Przed sąd został doprowadzony oskarżony. Jest nim liczący 74 lata Bernard D. To ojciec partnerki zmarłego mężczyzny.

I co z tego? Czy wiek gra tu jakąś rolę? – można by zadać pytanie. I słusznie. Bo kodeks postępowania karnego nie rozróżnia stopnia winy oskarżonego, który przekracza taki to, a taki wiek. W tym przypadku jednak ma to znaczenie. Biegli medycy powołani do przedstawienia ekspertyz w procesie, stwierdzili, że oskarżony praktycznie nie widzi na jedno oko, drugim okiem rozróżnia kształty, ale tylko przy dobrym świetle. Ma trudności z poruszaniem się i słabo słyszy. Na sali sądowej doszło do niecodziennej sytuacji. Sędzia po wysłuchaniu opinii jednej z biegłych (okulistki), postanowił przeprowadzić mały eksperyment. Sędzia zapytał oskarżonego, ile osób siedzi przy ławie sędziowskiej. Oskarżony poprosił o powtórzenie pytania. Po chwili wahania powiedział, że widzi dwie osoby. Nastąpiła cisza. W Bernarda D. wpatrywali się osłupiali dwaj sędziowie (przewodniczący składu i sprawozdawca) oraz kilku ławników.

Biegła okulistka, na pytanie sędziego, czy to możliwe, że oskarżony mógł precyzyjnie pchnąć ostrze noża w klatkę piersiową ofiary, odpowiedziała, że… nie jest w stanie tego stwierdzić. Dodała, że z powodu choroby (jaskry) dostrzega jedynie zarysy postaci i to w jaskrawym świetle. W miejscu zacienionym mógłby nawet nie zauważyć postaci przebywającym razem z nim w pokoju.

Sędzia zdecydował o uchyleniu oskarżonemu aresztu ze względu na stan zdrowia. Zapowiedział też, że rozważa zmianę kwalifikacji czynu z zabójstwa na spowodowanie poważnego uszczerbku na zdrowiu, który doprowadził do śmierci. W skrócie oznaczałoby to, że Bernard D. jeżeli zaatakował swojego niedoszłego zięcia (pomiędzy panami dochodziło do sprzeczek, głównie z powodu nadużywania alkoholu przez Gerarda), to zrobił to na oślep, nie celując w serce.

Już po mowach końcowych pojawił się w procesie nowy świadek. Nie osobiście, ale przysyłają pismo zawierające jakieś rewelacje, informacje mające rzekomo odwrócić bieg procesu. Sędzia wznowił przewód. Czy to możliwe, że człowiek w podeszłym wieku, schorowany, prawie niedowidzący mógł zostać niesłusznie oskarżony? Wyrok w tej sprawie ma zapaść jeszcze w tym roku.