platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Lipiec 2015

W przypadku (nad)zwyczajnym

W małej miejscowości pod Toruniem miała miejsce tragedia. Ma drodze zginął 11-letni chłopiec. Kacperek – jak mówią jego krewni – był zawsze bardzo ostrożny. Gdy jechał z kimś samochodem, podobno mówił: – Mamo, spójrz w lewo, spójrz w prawo. Tym razem sam został potrącony. Rozpędzony opel zmiótł go z drogi rower, którym chwilę wcześniej wyjechał z podwórka. Chłopiec poniósł śmierć na miejscu.

Kierowca to 22-letni mieszkaniec pobliskiego Steklina. W momencie zatrzymania przez policję miał w organizmie 0,42 promila alkoholu. Nie był pijany. Nie według terminologii prawniczej. Był w stanie „po spożyciu alkoholu”. Prokurator prowadząca postępowanie w tej sprawie twierdzi, że nie miała podstaw, by wnioskować o tymczasowe aresztowanie kierowcy. „Nie mam jednoznacznych dowodów na winę tego człowieka” – mówiła.

Po tej decyzji pani prokurator oburzyli się krewni zmarłego chłopca. Oburzyli się sąsiedzi i ci, którzy bliżej znali Kacperka. Oburzenie było tym większe, że zatrzymany w tej sprawie kierowca był już wcześniej karany za jazdę po pijanemu. W ubiegłym roku odebrano mu prawo jazdy. Wtedy jechał mając 1,2 promila alkoholu we krwi. Sąd zabronił mu „prowadzenia wszelkich pojazdów” do października tego roku. Wypadek w Steklinku, w którym zginął 11-latek, miał miejsce w połowie lipca.

Prawnicy tłumaczą, że na mocy  nowych przepisów w kodeksie postępowania karnego prokuratorzy i sędziowie (do których trafiają prokuratorskie wnioski o areszt) mają ograniczone pole działania. Areszt można zastosować tylko w „wyjątkowych sytuacjach”, kiedy wiadomo, że zatrzymany może zakłócić tok postępowania/śledztwa. Mało tego – nie wystarczy już, że prokurator we wniosku użyje właśnie takiej argumentacji. On musi konkretnie wykazać, w jaki sposób takie „utrudnianie przebiegu śledztwa” miałoby wyglądać. Dopiero tak sformułowany wniosek ma szansę skutkować przychylną decyzja sędziego.

Kilka dni temu głośno było o zatrzymaniu jednej z osób zajmującej się handlem i dystrybucją dopalacza „Mocarz”. Sąd w pierwszej instancji nie zgodził się na zastosowanie aresztu wobec podejrzanego o rozprowadzenie narkotyku, który wysłał na szpitalne łóżka ponad pół tysiąca mieszkańców Śląska i Wielkopolski. Stało się tak właśnie na mocy przepisów, które weszły w życie od początku lipca. Dopiero odwołanie prokuratury skutkowało tym, że mieszkaniec Katowic został tymczasowo aresztowany.

Okazało się, że to jednak była wyjątkowa sytuacja. Wyjątkowa również dlatego, że o dopalaczach prawie od miesiąca głośno we wszystkich mediach? Jeżeli tak jest w istocie, to myślę że nie jest bezpodstawną teza, iż kolejny raz przyjęto w Polsce przepisy, które da się koniunkuralnie naginać i dopasowywać „do kształtu” społecznych oczekiwań. Bo jeżeli to była wyjątkowa sytuacja, to czyż nie jest nią ta, w której aresztu nie stosuje się wobec drogowego recydywisty po raz kolejny wsiadającego za kierownicę po kielichu?

20 lat bez pamięci. Kto pomógł oskarżyć zabójcę?

Sławomir G. przez dwadzieścia lat żył jak przykładny mąż, ojciec, obywatel. Zakorzeniony w codziennej rutynie, schemacie znanym milionom podobnych do niego. Przed zatrzymaniem przez policję pracował w firmie stolarskiej na bydgoskiej Osowej Górze. Jeden dzień w 2014 roku wyrwał go z rzeczywistości, w jakiej żył przez ostatnie dwie dekady. Zaczęło się od listu. W skrzynce pocztowej znalazł wezwanie na przesłuchanie w charakterze świadka.

Obudziły się demony. Odżyły wspomnienia. Odżyły, bo sam G. twierdzi, że o tym co zrobił ostatniego dnia sierpnia 1994 roku, nie pamiętał. „Tamtego dnia wymazałem wszystko z pamięci” – wyznał przesłuchującym go policjantom. Przyznał się. To on przyczynił się do śmierci 20-letniej Joannę S. Chciał jednak pomniejszyć swoją rolę w tej sprawie. Twierdził, że nie zadźgał dziewczyny nożem, ani nożyczkami – jak podejrzewali śledczy. To ona sama – w jego opinii – rzuciła się na niego i upadła na ostrze. G. przekonywał, że to był fatalny wypadek.

Akta sprawy przez dwadzieścia lat leżały w szufladzie policyjnego „Archiwum X”. Przez ten cały czas jednak kryminalni prześwietlali jednak wszystkie osoby, które kiedykolwiek mogły mieć cokolwiek wspólnego z Joanną. Sławomir był jedną z nich. Mieszkał w tym samym bloku przy ulicy Żmudzkiej. Pięć pięter niżej. W zeszłym roku został wezwany do prokuratury, bo jeden ze śledczych przeglądających stare akta sprawy dopatrzył się w jego pierwotnych zeznaniach nieścisłości. Alibi nie była tak mocne, jak wydawało się prokuratorowi badającemu sprawę morderstwa w czasie bezpośrednio po zabójstwie.

To był przełom. Pierwszy. Drugi akt tego dramatu nastąpi, gdy do policji dotrą informacje przekazane przez pewnego biznesmena. W oskarżeniu Sławomira G. pomógł mianowicie bohater jednej z największych afer gospodarczych ostatnich lat. Człowiek uwikłany w sprawę, która wstrząsnęła sceną polityczną w Polsce. Twierdzi on, że Sławomir G. opowiedział mu ze szczegółami, jak zamordował adresatkę swojego platonicznego uczucia. Opowiedział o nigdy nie spełnionym marzeniu o „dziewczynie życia”, o uczuciu, które doprowadziło go do popełnienia zbrodni.

Kim jest ów biznesmen?

Proces G. rozpocznie się w czwartek.

Więcej o tej sprawie dzisiaj w Gazecie Pomorskiej. Zapraszam do lektury.