platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Sierpień 2015

Hazardem w prawo

Pamiętacie film „Wilk z Wall Street”? A wcześniejszy – sprzed kilku lat z Kevinem Spacey zatytułowany „21”? Oba obrazy łączy kilka rzeczy. Hazard – w pierwszym przypadku mający wiele wspólnego z graniem na giełdach. A w drugim i to w sensie dosłownym chodzi o zarabianie milionów. Zarówno przy maklerskim biurku, jak i stoliku w kasynie. Łączy je też coś innego. Igranie z prawem. W obu filmach główni bohaterowie kończą z kajdankami na rękach.

W Polsce istnieje także podziemie graczy. Podziemie, bo hazard zarobkowy, uprawiany poza kasynami jest nielegalny w naszym kraju od czasu, kiedy w życie weszła słynna ustawa antyhazardowa. W świetle prawa grać w poker można tylko w kasynach. A legalne są tylko automaty „niskich wypłat” zarejestrowane przed 2009 rokiem. Celnicy co jakiś czas informują o kolejnych maszynach, które trafiają do magazynów służby celnej. To „jednoręcy bandyci” przywożeni do Polski najczęściej z niemieckiego demobilu. Specjaliści, w tym niektórzy profesorowie prawa twierdzą jednak, że działania służby celnej są nielegalne. Chodzi mianowicie o fakt, że Polska nie autoryzowała zapisów ustawy antyhazardowej w Komisji Europejskiej, co skutkuje możliwością zaskarżania do sądów każdej celniczej decyzji i zabezpieczeniu kolejnej maszyny (w oparciu o ustawę z 2009 roku). Nie obowiązuje u nas prawo precedensów, ale co jakiś czas sądy przyznają odszkodowania właścicielom maszyn, które zostały „aresztowane” w ramach działań celników.

A kolejne i tak się pojawiają. Nawet w sklepach monopolowych, czy osiedlowych spożywczakach. Schemat zawsze jest podobny. Ktoś kupuje za Odrą stary automat typu „jackpot”, sprowadza go do Polski. Następnym krokiem jest znalezienie dla maszyny właściwej lokalizacji. Jedyny problem to znaleźć właściciela sklepu, który zgodzi się podpisać umowę dzierżawy jednego metra kwadratowego powierzchni, na którym będzie można ustawić „jednorękiego bandytę”. Ot, cały interes.

Inwencja niektórych biznesmenów działających w branży wykracza jednak poza schemat. Przykładem niejaki Adam G. Ten przedsiębiorca rodem z Solca Kujawskiego kilka lat temu wpadł na pionierski pomysł. Urządzał gry na automatach z pozoru przypominających zwykłe maszyny, jakie można spotkać w prawie każdym pubie. Myk polegał na tym, że tak naprawdę były to automaty służące do zakładów internetowych. A to już nielegalne. Szybko przeniósł siedzibę swojej firmy do Bydgoszczy. Głośno zrobiło się o nim, kiedy na jaw wyszło, w jaki sposób pogrywa sobie z organami ścigania i… sądami. Sprawa prowadzona przez śledczych, a dotycząca nielegalnego biznesu na automatach to jedno. Drugą stroną medalu jest, w jaki sposób G. przez całe lata grał na nosie sądom. W samej Bydgoszczy założono mu kilkanaście spraw o wykroczenia drogowe – najczęściej notoryczne przekraczanie prędkości. G. gwizdał sobie na prawo pędząc swoimi limuzynami za miliony i śmiejąc się w twarz policjantom wlepiającym mu kolejne mandaty. Już mając zarzuty prowadzenia nielegalnych zakładów zamieszczał na Facebooku zdjęcia z wycieczek do drogich kurortów i fotografie kolejnych kupowanych limuzyn.

Aresztowano go dopiero w marcu tego roku. Jak skończy się ta sprawa? Czy podobnie, jak (zatrzymanego przez FBI) wilka z Wall Street? Czas pokaże.

Proces o koszerny wikt

Religia w więzieniu? Skojarzenia od razu wędrują w kierunku dziesiątek, jeśli nie setek osadzonych w zakładach karnych, którzy masowo zgłaszają dyrekcji zmianę wyznania głównie z jednego powodu. Jest nim dieta. Kiedy znudzi się kasza z gulaszem, zawsze można przecież zażądać coś z baraniny (o ile więzień deklaruje dyrektorowi ZK zmianę wyznania na muzułmańskie). Albo coś z kuchni indyjskiej (jeśli szef ZK ma, np. do czynienia ze świeżo upieczonym buddystą-wegetarianinem). O podobnych sytuacjach z humorem mówią sami pracownicy służby więziennej. Z humorem i nutką ironii.

Do śmiechu nie jest jednak ani skarżącym, ani oskarżonemu w procesie, który od początku lata trwa w Sądzie Rejonowym w Nakle nad Notecią. Oskarżony to Michał D., pochodzący z Grudziądza prawnik z wykształcenia, zdeklarowany Żyd ortodoksyjny. Jest oskarżony, bo więzienni wychowawcy, dyrektor oraz jego zastępca z zakładu karnego w Potulicach twierdzą, że wielokrotnie „w pisemnych skargach” obrażał ich. „Rasista” i „faszysta” to te łagodniejsze epitety, którymi D. nazywał strażników więziennych. Sam się do tego zresztą przyznaje. W obszernych wyjaśnieniach składanych w sądzie. Twierdzi za to, że był to jedynie jego akt obrony, do którego został zmuszony w sytuacji, kiedy odmówiono mu… koszernego wiktu.

Jaką odpowiedź na te zarzuty ma dyrektor więzienia? Wypalił w sądzie wprost: „Nikt w zakładzie nie głoduje, bo jeżeli nie może jeść mięsa, może jeść ziemniaki”. Zaś na pytanie oskarżonego, czy wie, co to koszerne dania, odpowiedział: „Nie wiem. Nie jest to zakres moich obowiązków”. Jasne. Oczywiście, że religioznawstwo nie wchodzi w zakres wymaganych kompetencji, którymi powinien się legitymować szef więzienia. Pytanie tylko, jak zachowa się w tej sytuacji sąd, któremu za sali rozpraw niemalże przed nosem wymachiwał plikiem dokumentów D. W tych dokumentach znajduje się podobno decyzja jednego z warszawskich sądów, który w sprawie D. (odbywającego swego czasu karę w stolicy, jak i kilku innych miastach w całej Polsce) rzekomo nakazał spersonalizowanie wyżywienia „do wymogów religijnych”. I sąd i pracownicy więzienia mają tu twardy orzech do zgryzienia.