platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Grudzień 2015

Amok. Czyli jak zginęła Joanna S.

Piętnaście lat. To wyrok, który usłyszał Sławomir G. Sprawa dotyczyła zabójstwa 22-letniej Joanny S., mieszkanki wieżowca przy ulicy Żmudzkiej  w Bydgoszczy. Podejrzany wpadł w ręce policji po piętnastu latach. To jedna z tych spraw, która skłania do zastanowienia nad tym, jakie tajemnice kryje ludzki umysł.

Czy można kogoś zamordować, a potem o tym… zapomnieć? Zadać ofierze piętnaście ciosów nożem i wyprzeć to z pamięci? Potem założyć rodzinę, mieć dzieci, pracować i budzić się bez towarzyszącej myśli: Jestem mordercą? Tego nie wyjaśnili śledczy bydgoskiej prokuratury, nie stwierdzili policjanci z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy, którzy deptali podejrzanemu po piętach. Wreszcie nie to było przedmiotem procesu sądowego.

Pewne jest to, że w kwietniu 2014 roku Sławomir G. wezwany po 20 latach na ponowne przesłuchanie w sprawie śmierci Joanny, nie wytrzymał się. Przyznał, że był w jej mieszkaniu, kiedy konała. To wystarczyło kryminalnym i prokuraturze, by go oskarżyć. Czy niewinny człowiek zrobiłby to, co G., gdyby wiedział, że chodzi o zbrodnię? Sławomir G. mówił później w sądzie, że przyznał się częściowo do zabójstwa, bo miał mętlik w głowie; bo leczy się z choroby alkoholowej, padaczki; bo był pijany również rankiem, kiedy stawił się w prokuraturze na przesłuchaniu; wreszcie – bo wmówili mu to policjanci.

Problem w tym, że – co zresztą sędzia Marek Kryś (przewodniczący składu sędziowskiego w procesie o morderstwo przy Żmudzkiej) podkreślił – S. przedstawił policjantom zaskakująco spójną wersję wydarzeń. Taką, którą trudno byłoby wymyślić; której tym bardziej nie wymyśliłby na poczekaniu ktoś, kto jest niewinny. Tylko po to, by – jak to zaznaczył sam oskarżony – zakończyć już przesłuchanie.

Tak, czy inaczej – wersja wydarzeń z końca sierpnia 1994 roku wyłaniająca się z zeznań współosadzonego z aresztowej celi G., innych świadków i samego oskarżonego układa się w jeden scenariusz. Scenariusz surrealistycznego, mrocznego filmu. Tym straszniejszego, że napisanego przez życie.

Co najmniej piętnaście razy ugodził Joannę S. ostrym narzędziem (prawdopodobnie nożem) – w głowę, ręce, tułów. Gdy ona krwawiąc prosiła, błagała go o pomoc, nie zareagował. Nie zadzwonił po pogotowie. Nie próbował tamować krwi. Podłożył jej tylko poduszkę pod głowę i wyszedł z mieszkania. Na schodach spotkał tylko sąsiada. Ten później wspomni o spotkaniu śledczym, ale fakt przejdzie niezauważony. Zostanie zapomniany na blisko dwadzieścia lat. Dopiero któryś z kryminalnych przeglądający papiery ze śledztwa z roku 1994 zauważy, że alibi niepozornego sąsiada zabitej – 27-letniego Sławka – nie jest spójne przez ten jeden szczegół. Idąc jednak tropem paranoicznych, nie wiadomo, czy prawdziwych wyjaśnień G. dowiadujemy się, że wyszedł z wieżowca. W swoim alibi twierdził, że poszedł nad osiedlowe jeziorko zwane przez mieszkańców Balatonem i pił tam piwo z kolegą Marcinem S. A potem – zapomniał o zabójstwie.

Czy było tak naprawdę? Psycholog, która zaprezentowała w procesie swoją opinię, nie wykluczała, że w podobnych sytuacjach – kiedy w grę wchodzą traumatyczne, silne przeżycia – w ludzkim umyśle zaczyna działać mechanizm wyparcia. I może on skutkować okresową amnezją.

Proces o zabójstwo dyrektora po raz trzeci

Idąc tropem filmowym sprawę można ująć słowami: Przed nami kolejny sezon serialu pod tytułem „Kto zabił dyrektora?”

Sąd Apelacyjny w Gdańsku w listopadzie uchylił wyrok, który niemal przed rokiem (22 grudnia 2014) zapadł w Sądzie Okręgowym w Gdańsku. Uznał, że proces w sprawie zlecenia i przeprowadzenia zamachu na szefa Centrum Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód w oddziale PZU w Bydgoszczy musi rozpocząć się po raz ponowny. Już trzeci zresztą.

Przypomnijmy, że sprawa dotyczy Tomasza G., biznesmena, który  – zdaniem prokuratury (najpierw bydgoskiej, a później apelacyjnej w Lublinie) – miał zlecić zabójstwo Piotra Karpowicza, w styczniu 1999 roku świeżo mianowanego na szefa jednego z pionów ubezpieczalni. Sąd Okręgowy skazał G. w ubiegłym roku na 25 lat więzienia. Taki sam wyrok usłyszał Henryk L., „Lewatywa” – swego czasu uchodzący za bossa bydgoskiego przestępczego podziemia. To on miał  – znowu w opinii prokuratury – za pieniądze zobowiązać się znaleźć płatnego zabójcę gotowego wykonać zlecenie. Tym z kolei cynglem miał być ( też skazany na ćwierć wieku za kratami) Adam S., „Smoła”. Pozostali dwaj współpracownicy „Lewatywy” usłyszeli łagodniejsze wyroki, między innymi za pomoc w zatarciu śladów zbrodni.

Karpowicz zginął w styczniu 1999 roku. Dziesięć lat później zapadł pierwszy wyrok w tej sprawie – uniewinniający. Pięć lat później – skazujący. Jak będzie teraz? Na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Nawet prawnicy, których wielu przez lata występowało w tej sprawie w roli obrońców. Jeden z nich mówi wprost, że nawet im – adwokatom nie jest na rękę, by proces miał związać ich klientów na kolejnych parę lat. Ale podkreślają, że sytuacja jest patowa. Była zbrodnia (Karpowicz został zastrzelony z bliskiej odległości na parkingu przed siedzibą bydgoskiego PZU). Brak natomiast jasnego motywu, a tym bardziej – twardych dowodów. Po latach już nawet zabezpieczone na miejscu morderstwa łuski nie pasują do broni, którą później w trakcie śledztwa uznano za narzędzie zbrodni. Tak orzekł pod koniec ostatniego procesu Tomasza G. biegły z dziedziny balistyki.

Brakuje dowodów. A ostatnie poszlaki, na podstawie których w grudniu ubiegłego roku wydano wyrok skazujący w sprawie śmierci dyrektora, Sąd Apelacyjny uznał za… niewiarygodne. Chodziło o zeznania świadka koronnego w procesie, niejakiego Dariusza S., „Szramki”, byłego współpracownika Henryka L. Pewne jest chyba tylko to, że wyrok – nieistotne jaki – który zapadnie w tej sprawie na pewno znowu będzie podważany przez jedną ze stron.