platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 12 grudnia 2015

Proces o zabójstwo dyrektora po raz trzeci

Idąc tropem filmowym sprawę można ująć słowami: Przed nami kolejny sezon serialu pod tytułem „Kto zabił dyrektora?”

Sąd Apelacyjny w Gdańsku w listopadzie uchylił wyrok, który niemal przed rokiem (22 grudnia 2014) zapadł w Sądzie Okręgowym w Gdańsku. Uznał, że proces w sprawie zlecenia i przeprowadzenia zamachu na szefa Centrum Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód w oddziale PZU w Bydgoszczy musi rozpocząć się po raz ponowny. Już trzeci zresztą.

Przypomnijmy, że sprawa dotyczy Tomasza G., biznesmena, który  – zdaniem prokuratury (najpierw bydgoskiej, a później apelacyjnej w Lublinie) – miał zlecić zabójstwo Piotra Karpowicza, w styczniu 1999 roku świeżo mianowanego na szefa jednego z pionów ubezpieczalni. Sąd Okręgowy skazał G. w ubiegłym roku na 25 lat więzienia. Taki sam wyrok usłyszał Henryk L., „Lewatywa” – swego czasu uchodzący za bossa bydgoskiego przestępczego podziemia. To on miał  – znowu w opinii prokuratury – za pieniądze zobowiązać się znaleźć płatnego zabójcę gotowego wykonać zlecenie. Tym z kolei cynglem miał być ( też skazany na ćwierć wieku za kratami) Adam S., „Smoła”. Pozostali dwaj współpracownicy „Lewatywy” usłyszeli łagodniejsze wyroki, między innymi za pomoc w zatarciu śladów zbrodni.

Karpowicz zginął w styczniu 1999 roku. Dziesięć lat później zapadł pierwszy wyrok w tej sprawie – uniewinniający. Pięć lat później – skazujący. Jak będzie teraz? Na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Nawet prawnicy, których wielu przez lata występowało w tej sprawie w roli obrońców. Jeden z nich mówi wprost, że nawet im – adwokatom nie jest na rękę, by proces miał związać ich klientów na kolejnych parę lat. Ale podkreślają, że sytuacja jest patowa. Była zbrodnia (Karpowicz został zastrzelony z bliskiej odległości na parkingu przed siedzibą bydgoskiego PZU). Brak natomiast jasnego motywu, a tym bardziej – twardych dowodów. Po latach już nawet zabezpieczone na miejscu morderstwa łuski nie pasują do broni, którą później w trakcie śledztwa uznano za narzędzie zbrodni. Tak orzekł pod koniec ostatniego procesu Tomasza G. biegły z dziedziny balistyki.

Brakuje dowodów. A ostatnie poszlaki, na podstawie których w grudniu ubiegłego roku wydano wyrok skazujący w sprawie śmierci dyrektora, Sąd Apelacyjny uznał za… niewiarygodne. Chodziło o zeznania świadka koronnego w procesie, niejakiego Dariusza S., „Szramki”, byłego współpracownika Henryka L. Pewne jest chyba tylko to, że wyrok – nieistotne jaki – który zapadnie w tej sprawie na pewno znowu będzie podważany przez jedną ze stron.