platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Kwiecień 2016

„Kości” po kujawsku. Czyli nasze „Archiwum X”

Klasyk z lat 90., kasowy serial „Z Archwium X” wraca na ekrany. Fox Mulder i Dana Scully jeszcze raz odkurzą stare akta chowane w archiwach FBI, zgłębią tajemnice niewyjaśnionych morderstw, zagadkowych zniknięć i wizyt obcych cywilizacji w USA.

Nie jest natomiast żadną tajemnicą, że „archiwum X” naprawdę istnienie. To umowna nazwa wydziału w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. Policjanci pracujących w tej specjalistycznej komórce badają okoliczności zabójstw dokonanych nawet przed 30 laty. Z tą różnicą, że – w przeciwieństwie do filmowych bohaterów – skupiają się na tropieniu sprawców będących przedstawicielami gatunku ludzkiego, a nie przybyszów z kosmosu.

Spraw do wyjaśnienia jest u nas niemało, bo aż około pięćdziesięciu. Najstarsze sięgają lat 80. Są też sprawy trochę mniej leciwe. Jak, na przykład historia Roberta K i Karola P. – skazanych ostatnio przez Sąd Okręgowy w Toruniu na 15 lat więzienia. Uznano ich winnymi morderstwa dokonanego w 2005 roku na biznesmenie Zygmuncie P. z Biskupic. Sprawcy wywieźli go do lasu, założyli pętlę na szyję, koniec linki przywiązali do samochodu i ruszyli. Mężczyzna się udusił. Ciało zakopali w lesie. Potem… żyli spokojnie. Założyli rodziny, pracowali. Sprawa wyszła po latach, niejako przypadkowo. Ale śledczy zaczęli węszyć; w końcu wydobyli od zatrzymanych mężczyzn informacje na temat śmierci P. (przez lata był poszukiwany, jako osoba zaginiona).

To tylko jedna z kilku spraw dotyczących zabójstw, które w ostatnim czasie udało się wyjaśnić. W lutym tego roku w bydgoskim Fordonie został zatrzymany i aresztowany Władysław P.mieszkaniec miejscowości Strzelce Górne. Został oskarżony o zabójstwo dokonane w 1998 roku. To wtedy około 200 metrów od jego domu, w studni sąsiedniego gospodarstwa znaleziono zwłoki 75-letniej Heleny S. Ciało kobiety było przysypane drewnem i gruzem. Zagadkę tej śmierci próbowano rozwikłać przez niemal dwie dekady. W końcu śledczy z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ otrzymali informację od bydgoskich kryminalnych, którym udało się zdobyć zeznania nowych świadków. Wynikało z nich, że sprawcą morderstwa może być jeden z kilku braci P., mieszkających w dalszym ciągu w tej miejscowości. I w tym przypadku domniemany sprawca zabójstwa wiódł przez lata spokojne życie. Założył rodzinę, ma dzieci, dorabiał kładąc glazurę.

W 2014 roku natomiast zatrzymano Sławomira G. Bydgoscy śledczy deptali mężczyźnie po piętach od miesięcy. Gdy został zatrzymany, przyznał się częściowo do zabójstwa w 1994 roku 22-letniej mieszkanki bloku przy ulicy Żmudzkiej. Dziewczynę pod koniec sierpnia tamtego roku znaleziono martwą ze śladami 15 ukłuć i cięć ostrym narzędziem. G. został skazany na 15 lat więzienia. Z jego wyjaśnień wynikało, że zabił, bo nie mógł znieść, że kobieta kochała innego.

Tajny proces o szczekającego psa

Nie wychodzę ze zdziwienia nad standardami panującymi w sądach. To, co stało się w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy, zasługuje co najmniej na komentarz. Które sprawy zasługują na wyłączenie jawności? Z reguły sędziowie wprowadzają takie obostrzenia w przypadkach, kiedy chodzi o zeznania świadków, które mogą ujawnić szczegóły intymne, prywatne, godzące w jakieś bardzo osobiste poczucie prawa do prywatności. Byłem już świadkiem wprowadzania takich obostrzeń przez sędziów, którzy wypraszali z sali rozpraw dziennikarzy. Raz chodziło o zeznania świadka, którym było małe dziecko. Innym razem utajniony został proces o zgwałcenie (oskarżony funkcjonariusz publiczny).

Czy można sobie jednak wyobrazić wyłączenie jawności postępowania o wykroczenie? I to o wykroczenie, którego genezą był spór sąsiedzki ze szczekającym psem? Otóż można. Sprawa przedstawia się (w zarysie) następująco: Lokatorka bloku w Fordonie dostaje mandat za szczekającego psa. Odwołuje się od decyzji sądu. Sąsiad, który zgłosił jej sprawę policji, zaczyna kobietę nękać. Wysyła obraźliwe SMS-y, dzwoni domofonem w nocy i rano, pluje na samochód starszych państwa. Zostaje obwiniony o czyn z art. 107 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia.

Jako ciekawostkę, ale zupełnie niezwiązaną ze sprawą, można przytoczyć fakt, że obwiniony jest strażakiem bydgoskiej komendy i mężem sędzi z Bydgoszczy.

Śmierć dyrektora po raz trzeci

Ta sprawa nie ma precedensu. 17 lat, trzy procesy, dziesiątki świadków i wątłe dowody w postaci zeznań. Zeznań świadków anonimowych i koronnego, który już dawno… wycofał się z obciążających twierdzeń złożonych u prokuratora lata temu. Dla niewtajemniczonych – chodzi o zabójstwo dyrektora Piotra Karpowicza, naczelnika Centrum Likwidacji Szkód i Oceny Ryzyka w bydgoskim PZU w 1999 roku. Oskarżonych w tej sprawie jest pięć osób. Cztery – z Henrykiem L. „Lewatywą” – to ludzie karani wcześniej za udział w grupie przestępczej. Jest tez biznesmen.

I to biznesmena – swoją drogą oskarżonego o zlecenie zabójstwa dyrektora – rolą w trzecim już procesie z apelacji było wygłoszenie prawie dwugodzinnego oświadczenia podczas jednej z ostatnich rozpraw. W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy Tomasz Gąsiorek zdecydował się zrezygnować z ochrony swoich danych jako osoby, przeciw której trwa postępowanie karne. Twierdził, że ze sprawą nie ma nic wspólnego. Ponadto jest  – w jego opinii – ofiarą spisku, układu, który miał na celu zniszczenie Gąsiorka. Biznesmen twierdzi, że bydgoska policja, a konkretnie szef wydziału do walki z przestępczością gospodarczą (pan Z.) uwzięli się na niego już w 1992 roku. Wtedy po raz pierwszy do jego firmy, Autoryzowanej Stacji Obsługi i salonu Mercedesa w Brzozie po raz pierwszy przyjechał autobus pełen policjantów. – Szukali kradzionych aut, ale niczego nie znaleźli. Rozebrali auta na części, zeszlifowali numery nadwozia i nic – mówił Gąsiorek w sądzie. Biznesmen twierdzi, że jego późniejsze problemy, w tym oskarżenie o zlecenie śmierci dyrektora ubezpieczalni, to po prostu zemsta. I tą zemstą – w jego przekonaniu – dał się zarazić Robert Bednarczyk, prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie.

Jaki tym razem będzie werdykt sądu? Do tej pory Gąsiorek (i współoskarżeni) był raz uniewinniony (w 2009 roku) i raz skazany (w 2014 roku) na 25 lat więzienia.