platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Lipiec 2016

Rozpuszczalnik, ogień i śmierć. Proces jest wznowiony

W sprawie Marcina Ch. oskarżonego o dokonanie ze szczególnym okrucieństwem zabójstwa swojej żony w marcu ubiegłego roku nastąpił niespodziewany zwrot.

W czwartek w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy miał zapaść wyrok. Tego oczekiwali krewni, którzy przyszli z nadzieją na usłyszenie orzeczenia sądu w sprawie człowieka, który pozbawił życia och córkę i siostrę. Sędzia zamiast słów: „Proszę wstać, zostanie ogłoszony wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej”, nakazał usiąść zebranym na sali rozpraw. Dwa dni przed planowaną publikacją orzeczenia do sądu trafiło oświadczenie matki i siostry oskarżonego Marcina Ch.

Sąd w takiej sytuacji mógłby „procedować” wznawiając proces (w którym zostały już wygłoszone mowy końcowe prokuratora i obrońcy). problem w tym, że w czwartek na sali rozpraw nie było… obrońcy oskarżonego. A bez niego rozprawa nie może się odbyć.

Sędzia wyznaczył termin „wznowienia przewodu” na 11 sierpnia. Wtedy to przy pulpicie dla świadków staną matka i siostra 31-letniego Marcina Ch. i opowiedzą o jego relacjach z żoną. Czy ich zeznania mogą cokolwiek zmienić w tej sprawie? Czy wpłyną na decyzję sędziego? Prokurator żąda dla Ch. 25 lat więzienia za to, że ten oblał żonę rozpuszczalnikiem, podpalił, a ona dziesięć dni później zmarła w męczarniach w klinice leczenia oparzeń w Gryficach. Obrońca żąda… uniewinnienia.

Los Ch. leży zatem w rękach jego najbliższych krewnych.

Bracia S. przenieśli arenę walk do Warszawy

W bydgoskich prokuraturach trwa obecnie kilkanaście postępowań w sprawach dotyczących spółek i nieruchomości, co do których prawa rościli sobie jeszcze nie tak dawno dwaj bracia biznesmeni. Janusz i Mirosław S. w ubiegłym roku zatrzęśli miastem, którego mieszkańcy od lat 90. nie widzieli scen takich, jak te sprzed salonu fitness przy Curie-Skłodowskiej, czy sprzed biurowca firmy Maktronik na Okolu.

Dla przypomnienia – najbardziej spektakularne sceny rozgrywały się na terenie firmy przy ulicy Deszczowej. Na początku ubiegłego lata grupa mężczyzn działających – jak podkreślali sami śledczy badający później tę sprawę – w imieniu i za pozwoleniem Mirosława S. próbowała zająć budynek firmy. Przed wejściem „wspawano” klatkę z zamykaną stalową furtą. Wyważono kilkanaście metrów ogrodzenia, a na ulicy przed spółką zaparkował autobus. W tym autobusie zaś jeden z braci roszczących sobie prawa do kierowania firmą zwołał… walne zgromadzenie akcjonariuszy. Dlatego na ulicy, a nie w firmie? Na teren przedsiębiorstwa go nie wpuszczono, a – jak sam podkreślił – zebranie musiało się odbyć pod adresem firmy.

Wydarzenia ubiegłego roku ukazały nieznane oblicze biznesu. Oblicze, w którym biznesmen roszczący sobie prawa do kierowania daną firmą wynajmuje osiłków i rozkazuje im siłą zająć tą, czy inną nieruchomość. – Takie praktyki nie przystają do realiów XX wieku i bardziej kojarzą się z metodami, które mogły być stosowane w wieku XIX, albo i wcześniej – mówi prokurator z Bydgoszczy.. – My wyszliśmy z założenia, że w całym tym galimatiasie wzajemnych pretensji, szafowania papierami, nierzadko dublującymi się wzajemnie, naczelne jest prawo własności. A więc takie, które mówi, że jeżeli ktoś ma obowiązującą umowę najmu, to nikt inny nie może przyjść w nocy, wygonić go na ulicę i zmienić zamki w drzwiach.

Póki co, do sądu trafiła sprawa zajęcia sali fitness przy ulicy Curie-Skłodowskiej. Chodzą słuchy, że bracia dogadali się już co do innych bydgoskich nieruchomości, a arenę walk przenieśli do Warszawy.

Co się stało w domu państwa Ch.?

Odpowiedź na to pytanie poznamy 21 lipca. Padnie z ust sędziego Sądu Okręgowego w Bydgoszczy, gdzie właśnie zakończył się proces Marcina Ch. Mężczyzna został w marcu ubiegłego roku aresztowany pod zarzutem usiłowania zabójstwa swojej 30-letniej żony Natalii. Nad ranem sąsiedzi mający domy w pobliżu posesji Ch. w Samociążku pod Koronowem zostali obudzeni „nieludzkim” (jak to określiła w mowie końcowej prokurator) krzykiem. Zobaczyli na podwórzu Natalię wzywającą pomocy. Wyglądała (by znów posłużyć się cytatem z prokurator) niczym „słup ognia”. Kobieta płonęła. Płonęło na niej ubranie, skóra, włosy. Mąż – według relacji świadków – siedział w tym czasie na schodach i przyglądał się. Później okazało się, że był pod wpływem narkotyków (metaamfetaminy). Natalia zmarła po 10 dniach. Lekarzom z centrum leczenia oparzeń w Gryficach nie udało jej się uratować. Zostawiła dwoje dzieci.

Co stało się wcześniej? Wersje są rozbieżne. Wersje prokuratora i obrońcy. Oskarżyciel twierdzi, że krótko krótko po świcie, nad ranem w kotłowni domu Ch. między małżonkami doszło do kłótni. Marcin Ch. chwycił baniak z podpałką na bazie benzyny, oblał żonę i podpalił ją. Obrona twierdzi, że to Natalia miała próbować oblać Marcina, a finalnie ogień zaczął się rozprzestrzeniać w wyniku nieszczęśliwego wypadku –  być może z powodu niedopałka papierosa rzuconego na podłogę.

Kiedy żona płonęła, kiedy wybiegła z piwnicy, Marcin przebrał się w świeże rzeczy, przedtem ugasił ogień na podłodze (później będzie się powoływał na tę okoliczność, jako na jeden z ważniejszych argumentów na swoją obronę – jego obrońca zaznaczała, że ratował dom, w którym spała dwójka jego dzieci). Potem poszedł na górę, obudził 9-letnią córkę i powiedział jej, że ma wezwać policję i pogotowie.

Córka w procesie później zezna, że widziała, jak matka ze zwęgloną skórą leży na łóżku w sypialni. Trudno wyobrazić sobie nawet ten horror. Gdy na miejsce przybywa policja, pogotowie zabiera Natalię do szpitala, ona mówi – „Mąż mnie podpalił”. On niemal w tym samym czasie wyznaje policji „Bo to zła kobieta była”. I prosi, by go zastrzelić. Zakuty w kajdanki jest wieziony na komendę. Natalia w szpitalu wojskowym dostała silne leki przeciwbólowe, ale lekarze od razu podjęli decyzję o przetransportowaniu jej tego samego dnia do Gryfic. Tamtejsi medycy stwierdzą, że kobieta miała poparzone ponad 60 procent powierzchni ciała oraz drogi oddechowe. Bezpośrednią przyczyną śmierci była niewydolność oddechowo-krążeniowa.

W domu Ch. źle się działo. Natalia wielokrotnie się wyprowadzała. Szukała schronienia przed mężem wyżywającym się na niej u swojej matki. Pomieszkiwała u niej przez tydzień, dwa, trzy. Byli z Marcinem w separacji. W obronie mężczyzny mecenas w mowie końcowej przeczyta SMS-y, które małżonkowie wymieniali między sobą w miesiącach, tygodniach przed tym, co zaszło feralnego marcowego ranka w piwnicy. Padały tam słowa: kocham, kotku, kochanie i inne.

Po tym wystąpieniu obrońcy na sali rozpraw głos zajęła matka Natalii. Zwróciła uwagę na to, dlaczego adwokat nie przeczytała też innych SMS-ów: o tym, jak Natalia bała się o swoje życie, jak Marcin miał grozić jej śmiercią? Do tego wystąpienia matki nikt się nie odniósł. Bo nie mógł. W końcu to mowy zamykające proces. Przewód dowodowy już się zakończył.

Marcin Ch. był wcześniej karany za posiadanie narkotyków. Został skazany na karę więzienia w zawieszeniu. Później miał sprawę o posiadanie dopalaczy. Dopalacza zażył również krótko przed ujęciem go przez policję, kiedy jego żonę zabierano do szpitala. Policjanci zaznaczali, że był spokojny, ale miał drgawki i pocił się nienaturalnie.

W sądzie zawsze opanowany, z głową spuszczoną. Ale nie przyznawał się do winy. Nie wyraził skruchy na koniec procesu. Do matki Natalii rzucił tylko, że tragedią jego żony było, iż miała „matkę socjopatkę”.

Grozi mu 25 lat więzienia za zabójstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem.

Prawnik od brudnych spraw

Kariery niektórych prawników biegną niekiedy krętymi i zaskakująco ciemnymi ścieżkami. Przykładem takiej osoby jest jeden z byłych sędziów z Włocławka. Po pożegnaniu (na samym początku XXI wieku) z Temidą został biznesmenem. To może słowo na wyrost, no chyba że przez biznes można rozumieć również przeprowadzane co jakiś czas transakcje obrotu nieruchomościami. Życiorys tego prawnika wydaje się świetną bazą do scenariusza filmowego, albo nawet powieści  – jeśli nie gangsterskiej – to choćby sensacyjnej. Chwila, chwila…. A może jednak mowa nie o postaci realnej, tylko o bohaterze jakiejś prozy właśnie? Dobrze, zatem przyjmijmy, że tak właśnie jest.

W powieści tej ów były sędzia, mający za sobą doświadczenia kamienicznika i właściciela kupionych tanio gruntów miejskich (w jednym z kujawsko-pomorskich miast) postanawia wkroczyć na pole… farmacji. Nie, nie idzie na studia. Kupuje aptekę. A nawet dwie. Jak dotąd interesy idą mu gładko, a w prowadzeniu wszelkich biznesów, konstruowaniu umów z kontrahentami i ubijaniu interesów pomaga mu rozległa wiedza prawnicza, którą zdobył w latach, kiedy jeszcze przywdziewał togę.

Prawnik-sędzia-biznesmen wkracza jednak na ścieżkę bezprawia. Zostają mu postawione zarzuty natury korupcyjnej. Sprawa jest niebagatelna,  chodzi  o przekręt na gruntach leżących w samiutkim centrum Torunia.

To jeszcze nie koniec. Powraca częściowo do swojej profesji. Jako człowiek skazany, nie zostaje jednak przyjęty do rad adwokackiej. Nie może być też radcą prawnym. Zostaje zatem pełnomocnikiem w kilku spółkach jednego z najbogatszych ludzi w polskim biznesie. Od pewnego czasu jest związany z Bydgoszczą. W imieniu swojego mocodawcy przejmuje cudze firmy, zasypuje sądy pismami procesowymi doskonale zdając sobie sprawę, że Temida może ślepa nie jest, ale powolna i flegmatyczna. Finguje umowy, fabrykuje papiery. Co jeszcze zrobi? Czas pokaże. Na pewno.

To życie kosztowało 50 zł

Łukasz L. został w Bydgoszczy skazany na 15 lat więzienia. To wyrok za zabójstwo, którego się dopuścił w sierpniu ubiegłego roku w miejscowości Wilczkowo. Gdy sędzia oświadczył, że zamyka proces i udziela głosom stron, zwrócił się również do L. Zapytał, czy oskarżony chciałby coś powiedzieć. Łukasz L. wstał, podniósł głowę, którą przedtem, przez większość procesu miał zwieszoną i oświadczył obecnym na sali krewnym zabitego, że… bardzo przeprasza.

Sędzia wydał wyrok, który zapewne nie satysfakcjonuje żadnej ze stron. Prokurator wnosił o 25 lat za kratami dla L. Z kolei obrońca pozostawił decyzję sędziemu kończąc na tym, że prosi o łagodny wyrok. Sędzia Tomasz Pietrzak wydał wyrok po piętnastominutowej przerwie.

W tej sprawie najbardziej poraża jednak… bezsens śmierci. L. dokonał zbrodni okrutnej, tym okrutniejszej, że dopuścił się jej po namyśle. Zastanowił się i zdecydował o śmierci swojego znajomego Zenona S.

16 sierpnia 2016 roku w Januszkowie odbywały się dożynki. L. bawił się na imprezie ze swoimi znajomymi, między innymi z bratem. W pewnym momencie zabrakło pieniędzy na alkohol. Łukasz L., znany wszystkim obecnym na zabawie gospodarczy pracownik najemny (mający na koncie różne grzeszki młodości, głównie kradzieże) postanowił zdobyć fundusze na wódkę. Udał się do gospodarstwa rencisty Zenona S. i poprosił go o pożyczenie 50 zł. Gdy ten odmówił, L. zapytał, że nie może się zdrzemnąć w domu S. Obmyślał w ten sposób, jak wyprowadzić z domu znajomego gotówkę. W pewnym momencie jednak odstąpił od tego planu i zaczął bić S. Przyduszał go również trzonkiem od siekiery. Tak mocno, że duszonemu pękła gość gnykowa. S. stracił przytomność, a L. wyszedł przed dom, żeby – jak to później wyjaśnił w sądzie – ochłonąć. Zawiesił wzrok na wyrastającej ze środka podwórza studni. Wrócił do domu i zastał S… stojącego przed nim. Pobity mężczyzna odzyskał przytomność. L. szarpnął go za rękę i zaczął ciągnąć w kierunku studni. Nie zważał na krzyki ciągniętego niepełnosprawnego mężczyzny. Wrzucił go do głębokiego na około 8 metrów szybu. Wrócił do domu i zabrał ze sobą zakrwawione (krwią własną, bo L. skaleczył się bijąc S.)poduszki i pościel. Wszystko razem wrzucił do studni. Swojego zachowania nie potrafił wytłumaczyć później ani podczas wizji lokalnej, ani w sądzie.

Bieli z dziedziny medycyny sądowej stwierdzili, że Zenon S. zmarł z powodu uduszenia. Utonął w studni.