platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Wrzesień 2016

O włos od śmierci. Nożownik skazany na cztery lata

Sebastian J. został skazany na cztery lata więzienia. W sierpniu 2015 roku przyszedł nad ranem do kamienicy przy ulicy Toruńskiej. Naciągnął kaptur na głowę, w rękawie schował nóż. Zapukał do drzwi mieszkania, w którym – tego był pewien – spała jego matka i jej partner. Można przypuszczać, że modlił się, by to nie ona otworzyła drzwi. Choć może, gdyby tak się stało, nie rozegrałby się dramat, który potem miał miejsce. W drzwiach staje jednak ON. Później zezna zresztą, że nie rozpoznał Sebastiana. Zmieni zdanie dopiero później, przyznając że zranił go niedoszły pasierb. Sebastian bez słowa wykonuje zamach z ręką, w której trzyma nóż. Ostrze trafia w szyję tuż obok tętnicy. Zanurza się w ciele jeszcze dwa razy. Raz uszkadzając poważnie płuco i o milimetry mijając – co później stwierdzi lekarz – worek osierdziowy serca.

Raniony broczy krwią, ale nie traci przytomności. Tej samej nocy trafia na oddział operacyjny i chirurg przeprowadza zabieg ratujący życie.

Sebastian ranił konkubenta matki, bo – jak potem przyznał w sądzie – ona nie interesowała się nim, ani jego pozostałym rodzeństwem pozostawionym w domu. Wolała przebywać, nocować, czasami pić alkohol ze swoim nowym partnerem. Ten partner zresztą, przyjaciel – jak sam o sobie mówi – owszem, miał kiedyś problem alkoholowy. Ale – przyznaje – od kiedy poznał matkę Sebastiana, już nie zagląda do kieliszka.

Nawet wybaczył Sebastianowi w sądzie. Przyznał też wtedy, że początkowo udawał przed policją, iż nie wie, kto go zranił, bo chciał uchronić Sebastiana przed kłopotami.

Podsądny ma 19 lat. Kiedy targnął się z nożem na przyjaciela matki, miał 18. Sąd wziął pod uwagę jego młody wiek. Dlatego – wbrew żądaniom prokuratora, by skazać Sebastiana na 8 lat więzienia – orzekł karę czterech.

Gorączka w ZUS-ie

Scenariusz był taki: dyrektor oddziału ZUS wie, że przyjedzie do niego szef. I to w osobie wiceprezesa zakładu ubezpieczeń (prywatnie radcy prawnego), członka zarządu. Mało tego, dyrektor wie, po co szef przyjedzie. Wie, że chodzi o propozycję. Propozycję nie do odrzucenia. Odejdziesz sam, składając rezygnację na moje ręce i wtedy załatwimy ci „fuchę” równie fajną i za równie fajne (albo i lepsze) pieniądze. Albo… po prostu się pożegnamy. Dyrektor przystaje wstępnie na pierwszą propozycję. Wstępnie, czyli jeszcze nie decydując się ostatecznie. Tylko przyjmując taką wersję wydarzeń logiczny ciąg akcji doprowadzi do wizyty wiceprezesa w oddziale „w terenie”. W innym wypadku członek zarządu nie fatygowałby się przez 260 kilometrów ze stolicy, tylko wysłał rozwiązanie umowy priorytetem.

Mniejsza o to. Wiadomo, że do wizyty doszło. Więcej, została zarejestrowana. Tyle, że bez wiedzy wiceprezesa. Dyrektor musiał to planować od dawna. Przynajmniej na tyle długo, by przygotować się do potajemnego nagrania rozmowy. Zapis przekazał policji informując śledczych z wydziału do walki z korupcją, że ma dowód propozycji łapówki. Atmosfera się zagęszcza, akcja przyśpiesza, kiedy pod gmach ZUS-u przyjeżdżają policjanci. Jeden z nich ma nawet na głowie kominiarkę. Wyprowadzają z budynku wiceprezesa. Ten zeznaje potem przez kilka godzin na komendzie, w tym czasie śledczy analizują zapis rozmowy, podczas której miała paść propozycja korupcyjna. Taśmy słucha też prokurator. On w tym miejscu scenariusza jest zresztą jedną z ważniejszych postaci. I nie znajduje… nic. Absolutnie nic, co mogłoby stanowić powód do dalszego przetrzymywania potencjalnego przyszłego podejrzanego. Puszcza człowieka bez stawiania zarzutów.

Afera kroi się jednak niemała. „Dostojnik” z centrali nie zamierza tak sprawy zostawić i czym prędzej tego samego dnia składa zawiadomienie. I tu uwaga, potrzeba się skupić. Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa. A tym przestępstwem miało być złożenie przez dyrektora oddziału ZUS zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa, którego nie było. Uff! Mam nadzieję, że to czytelne. Nie?!

Cóż, takie rzeczy tylko w… filmie? Bynajmniej! Życie bywa bardziej zaskakujące.

Za murami domu dziecka

Horror. Tak można opisać rzeczywistość w domu dziecka przy ulicy Stolarskiej, gdyby uznać za jedyną i słuszną tę jej wersję, którą znaliśmy do poniedziałku. Dzieci wystawiane na mróz w samych piżamkach, straszone, czy wręcz zamykane w pomieszczeniach, w których miał przebywać szczur; dzieli bite mokrymi ręcznikami, tzw. marchewą i te, którym zadawano zimny prysznic za karę.

Gdyby. To słowo klucz. Taki obraz rzeczywistości za murami domu małego dziecka wyłania się z informacji, które do tej pory płynęły z prokuratury. W poniedziałek człowiek oskarżony o dopuszczenie się tych wszystkich czynów, 32-letni Łukasz T. w sądzie odnosił się do zarzutów. Twierdzi, że to wszystko kłamstwa. Utrzymuje, że jest ofiarą „zemsty” dyrekcji domu dziecka; że został zwolniony, bo śmiał powiedzieć, że dyrekcji bardziej zależy na „czystych framugach” i podłogach niż na dobru i relacjach wychowawców z dziećmi tam przebywającymi. Mówi, że nie wyobraża sobie, by „TE” rzeczy o nim mówili jego wychowankowie. Ci sami, którzy już po jego zwolnieniu mieli się dopytywać o wujka Łukasza; o to, kiedy zagra z nimi w piłkę, pobawi się…

Nie dziennikarzom oceniać, jak było naprawdę. Na szczęście. Bo sprawa ta jest wyjątkowo trudna. Wiele zeznań to wyjaśnienia dzieci. Dzieci skrzywdzonych już w życiu; skrzywdzonych przez sam fakt, że musiały trafić do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego. Sąd ustali prawdę.

Zawieszenie broni w Bydgoszczy

Bracia Janusz i Mirosław S., swego czasu uznawani za „tych, co kręcili biznesem w mieście” chyba się pogodzili. Zawieszenie broni nastąpiło pod koniec sierpnia (miesiąca, najwyraźniej nie tylko trzeźwości, ale też miłosierdzia). Zakopali topór wojenny przynajmniej w jednej kwestii. Na rozprawie o bezprawne zajęcie przez ludzi jednego z braci budynków siłowni i hotelu w centrum miasta prawnik wystąpił do sędzi z wnioskiem o skierowanie sprawy do… mediacji. Sędzia zapytała stronę przeciwną wraz z oskarżycielem publicznym w osobie prokuratora, co sądzi na ten temat. Strony zgodnie przyznały, że mediacja jest tu najlepszym wyjściem.

Wygląda na to, że rzeczywiście nastąpił przełom, zważywszy na ładunek emocjonalny, jaki rozstał rozładowany w połowie roku 2015, kiedy to właśnie jeden z braci S. wynajął kilkunastu drabów uzbrojonych po zęby, by siłowo przejąć siłownię. Nawet śledczy dłubiący przy tej sprawie przyznawali wówczas, że taki styl robienia interesów można porównać tylko do XIX-wiecznych zajazdów (albo do dalekiego Dzikiego Zachodu).

Gwoli ścisłości, nie chodzi to o jakiś mały zatarg. Podobne rozgrywki między S. miały już miejsce na terenie formy Maktronik w Bydgoszczy, a także w spółkach w Kołobrzebu, Szczecinie i Warszawie. A cały majątek, o jaki gra się toczy, jest wart około 1 miliarda złotych.

25 lat za spalenie żony

W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy zapadł wyrok na Marcina Ch. Oskarżony ma spędzić ćwierć wieku za kratami. Sąd zaliczył mu na poczet ponad rok, który Ch. spędził w areszcie oczekując na proces, a później na wyrok.

Orzeczenie, które wydał w jego sprawie sędzia Marek Kryś, jest surowe. Widocznie sąd nie miał – w przeciwieństwie do obrony – wątpliwości, co do winy Ch. Opierał się wydając wyrok na ustaleniach, które trafiły do akt sprawy na samym początku śledztwa. A wynikało z nich kilka kluczowych kwestii. Po pierwsze Marcin Ch. nie zaprzeczał, że to on w marcu 2015 roku oblał rozpuszczalnikiem, a następnie podpalił własną żonę. Po drugie zatrzymującym go policjantom wyjaśnił, że zrobił to „bo to zła kobieta była”.

Natalia Ch, zmarła w męczarniach po ponad tygodniowym pobycie w klinice leczenia oparzeń. Powodem śmierci była niewydolność krążeniowo-oddechowa. Kobieta miała poparzone ponad 60 proc. powierzchni ciała oraz drogi oddechowe. Tragedia rozegrała się wczesnym rankiem w domu Ch. w miejscowości Samociążek przyklejonej do Koronowa.

W trakcie procesu Marcin Ch. konsekwentnie już wypierał się swojej winy. Twierdził, że nie wie, jak to możliwe, że doszło do oblania żony, a następnie podpalenia jej. Mówił, że to wynik nieszczęśliwego wypadku.