platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 29 września 2016

Gorączka w ZUS-ie

Scenariusz był taki: dyrektor oddziału ZUS wie, że przyjedzie do niego szef. I to w osobie wiceprezesa zakładu ubezpieczeń (prywatnie radcy prawnego), członka zarządu. Mało tego, dyrektor wie, po co szef przyjedzie. Wie, że chodzi o propozycję. Propozycję nie do odrzucenia. Odejdziesz sam, składając rezygnację na moje ręce i wtedy załatwimy ci „fuchę” równie fajną i za równie fajne (albo i lepsze) pieniądze. Albo… po prostu się pożegnamy. Dyrektor przystaje wstępnie na pierwszą propozycję. Wstępnie, czyli jeszcze nie decydując się ostatecznie. Tylko przyjmując taką wersję wydarzeń logiczny ciąg akcji doprowadzi do wizyty wiceprezesa w oddziale „w terenie”. W innym wypadku członek zarządu nie fatygowałby się przez 260 kilometrów ze stolicy, tylko wysłał rozwiązanie umowy priorytetem.

Mniejsza o to. Wiadomo, że do wizyty doszło. Więcej, została zarejestrowana. Tyle, że bez wiedzy wiceprezesa. Dyrektor musiał to planować od dawna. Przynajmniej na tyle długo, by przygotować się do potajemnego nagrania rozmowy. Zapis przekazał policji informując śledczych z wydziału do walki z korupcją, że ma dowód propozycji łapówki. Atmosfera się zagęszcza, akcja przyśpiesza, kiedy pod gmach ZUS-u przyjeżdżają policjanci. Jeden z nich ma nawet na głowie kominiarkę. Wyprowadzają z budynku wiceprezesa. Ten zeznaje potem przez kilka godzin na komendzie, w tym czasie śledczy analizują zapis rozmowy, podczas której miała paść propozycja korupcyjna. Taśmy słucha też prokurator. On w tym miejscu scenariusza jest zresztą jedną z ważniejszych postaci. I nie znajduje… nic. Absolutnie nic, co mogłoby stanowić powód do dalszego przetrzymywania potencjalnego przyszłego podejrzanego. Puszcza człowieka bez stawiania zarzutów.

Afera kroi się jednak niemała. „Dostojnik” z centrali nie zamierza tak sprawy zostawić i czym prędzej tego samego dnia składa zawiadomienie. I tu uwaga, potrzeba się skupić. Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa. A tym przestępstwem miało być złożenie przez dyrektora oddziału ZUS zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa, którego nie było. Uff! Mam nadzieję, że to czytelne. Nie?!

Cóż, takie rzeczy tylko w… filmie? Bynajmniej! Życie bywa bardziej zaskakujące.

Za murami domu dziecka

Horror. Tak można opisać rzeczywistość w domu dziecka przy ulicy Stolarskiej, gdyby uznać za jedyną i słuszną tę jej wersję, którą znaliśmy do poniedziałku. Dzieci wystawiane na mróz w samych piżamkach, straszone, czy wręcz zamykane w pomieszczeniach, w których miał przebywać szczur; dzieli bite mokrymi ręcznikami, tzw. marchewą i te, którym zadawano zimny prysznic za karę.

Gdyby. To słowo klucz. Taki obraz rzeczywistości za murami domu małego dziecka wyłania się z informacji, które do tej pory płynęły z prokuratury. W poniedziałek człowiek oskarżony o dopuszczenie się tych wszystkich czynów, 32-letni Łukasz T. w sądzie odnosił się do zarzutów. Twierdzi, że to wszystko kłamstwa. Utrzymuje, że jest ofiarą „zemsty” dyrekcji domu dziecka; że został zwolniony, bo śmiał powiedzieć, że dyrekcji bardziej zależy na „czystych framugach” i podłogach niż na dobru i relacjach wychowawców z dziećmi tam przebywającymi. Mówi, że nie wyobraża sobie, by „TE” rzeczy o nim mówili jego wychowankowie. Ci sami, którzy już po jego zwolnieniu mieli się dopytywać o wujka Łukasza; o to, kiedy zagra z nimi w piłkę, pobawi się…

Nie dziennikarzom oceniać, jak było naprawdę. Na szczęście. Bo sprawa ta jest wyjątkowo trudna. Wiele zeznań to wyjaśnienia dzieci. Dzieci skrzywdzonych już w życiu; skrzywdzonych przez sam fakt, że musiały trafić do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego. Sąd ustali prawdę.