platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 25 lutego 2017

Spuszczone głowy, czerwone oczy

Na rozprawie 24 lutego w sprawie tragedii na UTP zabrakło byłego rektora i byłej przewodniczącej samorządu studentów. Sądowy informatyk odtworzył nagranie wideo z 15 października 2015 roku. Film kończy się około godziny 8 rano.

Trwa dwadzieścia minut. To zapis wizji lokalnej, wizytacji miejsca zdarzenia przez prokuratora. Widać na nim puste korytarze kompleksu Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w bydgoskim Fordonie, kosze wypełnione puszkami po piwie Specjal i foliowymi owijkami czteropaków. Widać podest wyłożony zielonym filcem, skrzynie ze sprzętem nagłaśniającym ustawione pod ścianą, wybitą szybę w łączniku, w którym poprzedniej nocy stratowano (w kolejnych dniach okaże się, że na śmierć) trzech studentów. Jest pusto, głos policjantki relacjonującej ospale, gdzie operator kamery, prokurator i reszta ekipy w danej chwili się znajdują, odbija się od gołych ścian, wybrzmiewa echem i znika.

A jeszcze kilka godzin temu było tu gwarno, głośno, piekielnie duszno i gorąco. Ludzie walczyli o życie, spadali ze schodów niczym jakieś potworne domino, mdleli i tracili przytomność pod naporem tłumu napierającego z dwóch stron na wąski korytarz łączący dwa uczelniane budynki.

O tym zresztą chwilę później na sali sądowej opowiedziała uczestniczka tamtych wydarzeń, studentka wzornictwa. Mówiła, że przez kilkanaście minut była tak ściśnięta w tym „ludzkim korku”, że nie dotykała stopami posadzki. Była bezwładna i zdana na łaskę i niełaskę pozbawionego świadomości, odhumanizowanego, kierowanego jakąś zwierzęcym pędem tłumu. Dziewczyna, kiedy wspólnie ze znajomymi udało jej się wydostać z tego ścisku, trafiła na szpitalny oddział SOR. Przedtem straciła przytomność.

Publiczność słuchała tej opowieści z zaczerwienionymi oczami, a siedzący na ławie oskarżonych były prorektor i były szef ochrony w agencji wynajętej przez uczelnię do pilnowania bezpieczeństwa podczas imprezy, mieli spuszczone głowy.

Sąd wysłucha jeszcze przynajmniej kilkunastu podobnych relacji, zanim wyda wyrok.

Ciało profesorskie przed sądem

Niecodzienny to widok. Były rektor, były prorektor do spraw studenckich w towarzystwie szefa ochrony i studentki. To skład ławy oskarżonych w procesie w sprawie śmierci trzech studentów po pamiętnej zabawie UTP Start Party, która odbyła się w kampusie bydgoskiej uczelni w październiku 2015 roku. Większość odmawia składania wyjaśnień, większość odmawia odpowiadania na pytania. W czasie, kiedy prokurator odczytywał akt oskarżenia, podsądni słuchali listy zarzutów ze zwieszonymi głowami. Niedopełnienie obowiązków, brak konsultacji decyzji o wydaniu zezwolenia na zorganizowanie zabawy studentów w uczelnianych holach, zaniechanie zgłoszenia zabawy jako imprezy masowej, rutyna, nieodpowiedzialność, brak wyobraźni. Drugiego dnia procesu do sądu nie przyszedł już jeden z oskarżonych – szef ochrony odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas opłakanych w skutkach otrzęsin. Nie przyszedł, bo nie musiał. Sędzia zresztą pouczył go o tym prawie jeszcze zanim oficjalnie rozpoczął się proces.

Najsurowsza kara grozi Ewie Ż., byłej przewodniczącej samorządu studentów, która w prawnym sensie była odpowiedzialna za zorganizowanie zabawy. Prokuratura zarzuca jej, że między innymi niezgodnie z prawem zgodziła się na sprzedaż alkoholu na terenie uczelni. Młoda kobieta może pójść do więzienia nawet na 8 lat.

Cichymi obserwatorami procesu są rodzice. Niektórzy mają status oskarżycieli posiłkowych.

– Chcemy sprawiedliwości – mówią. – Nie chcemy jednak, by karę poniosła osoba, którą zrobiono kozłem ofiarnym w tej sprawie; która byłą rówieśniczką naszych dzieci. Odpowiedzialni za tę tragedię byli ci, którzy rzeczywiście kierowali uczelnią.

Jaki wyrok zapadnie? Kolejna rozprawa jeszcze w lutym.

Taśmy. Czyli jak burza w szklance wody wstrząsnęła Polską

Po wyrokach, jakie zapadły w sprawie afery taśmowej, uderza pewna nieproporcjonalność. Marek Falenta, człowiek którego sąd uznał za inspiratora nagrywania polityków w 2014 roku, został skazany na 2,5 roku więzienia. Krzysztof Rybka dostał wyrok 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu i grzywnę w wysokości 40 tys. zł.

Stara prawda mówi, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I zgadza się. W tym przypadku mój punkt siedzenia znajduje się gdzieś z boku. Tak samo zresztą, jak w przypadku milionów innych obserwatorów, widzów tego spektaklu, który latem dwa i pół roku temu wstrząsnął sceną polityczną w Polsce. Warszawska prokuratura, która prowadziła śledztwo w tej sprawie i która skierowała do sądu akt oskarżenia, wyczyściła ostatecznie, odarła „aferę taśmową” z otoczki politycznej, w jakiej od samego początku historia ta była umazana, umoczona, czy jak kto woli – zawieszona.

Mówiono przecież o inspiratorach z prawej sceny politycznej, wówczas stanowiącej stronę opozycyjną. Pojawiały się nawet wprost głosy, że PiS-owi bardzo na rękę było ujawnianie kolejnych polityków związanych z PO, którzy na publikowanych w sieci nagraniach demaskowali się okrutnie. Mówili o państwie, które działa teoretycznie (Bartłomiej Sienkiewicz), mówiono o „piwotalnych ruchach” (Marek Belka), mówiono wiele innych rzeczy o załatwianiu fuch w ambasadach Polski, rozprawiano o tym szczerze i rozbrajająco naiwnie nad talerzami legendarnych już ośmiorniczek. Ba, pojawiały się nawet głosy mówiące o tym, że inspiratorzy nagrań nie tyle mogli być powiązani z PiS-em, ale mieć proweniencję wschodnią…

Cóż, w ten ostatni scenariusz wierzyli chyba tylko najbardziej bezkrytyczni wyznawcy teorii spiskowych. Ale… No właśnie, ale. Wyroki w końcu zapadły takie sobie, a afera swego czasu przecież porządnie zatrzęsła polską sceną polityczną. Nie jest niczym odkrywczym, że od tego czasu rozpoczął się spadek popularności Platrormy – sytej, ospałej, pogrążonej w jakimś otępieniu, marazmie i niezdolnej do odpierania bezlitosnych ciosów wymierzanych jej przez politycznych adwersarzy. Efekt? Nie jest też odkryciem, że nie trzeba było na niego długo czekać. W 2015 roku w Polsce nastąpiła wielka zmiana warty – od wygranej Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, od późniejszych wyborów parlamentarnych w listopadzie nic już nie jest takie, jak przedtem.

Sprawa podsłuchów w restauracjach Sowa&Przyjaciele i AmberRoom jest już zakończona. To prawda. Ale inne wątki tej historii jeszcze nie. W Bydgoszczy wciąż trwa śledztwo w sprawie SkładówWęgla.pl i MMGroup. W tej pierwszej firmie udziały miał miał przecież sam Marek Falenta. Wątek właściciela „Składów” Marcina W. był również badany przez prokuraturę warszawską w głównym śledztwie „taśmowym”. Po upadku „Składów” pozostały sięgające dziesiątek milionów złotych długi firmy wobec rosyjskiej spółki wydobywającej węgiel na terenach Kuzbasu. To jest jeszcze do wyjaśnienia.