platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Marzec 2017

Kokainowe taxi

Pech. Tak mogą powiedzieć o złym losie, który spłatał im nie lada figla, bydgoscy taksówkarze, którzy zostali dwa lata temu zatrzymani przez CBŚ na gorącym uczynku w czasie wykonywania dostawy kokainy do agencji towarzyskiej na Jarach. Lada dzień w sądzie ma rozpocząć się ich proces.

Sprawa jest tym pikantniejsza, że w trakcie śledztwa wyszły na jaw szczegóły i szczególiki sprawy, o których najbardziej zainteresowani (czyli klienci, rzecz jasna) woleliby zapomnieć. Pech (ech, to znów on!) chciał, że niestety biznesmeni, a podobno również ludzie (sic!) władzy w Bydgoszczy będą musieli wystąpić w tej sprawie w charakterze świadków. Wszystko przez to, że szefowa tego majdanu, niejaka Agnieszka L. zdecydowała kiedyś o zainstalowaniu w hallu swojego ekskluzywnego klubu kamer. Materiały z monitoringu trafiły w ręce śledczych, którzy – jak na tacy – dostali pełną dokumentację działalności narkotykowo-towarzyskiej agencji, wraz z wizerunkami odwiedzających ją klientów.

Nie ma się jednak, co łudzić. Można założyć z całą pewnością, że co najmniej jedna ze stron procesu zażąda jego utajnienia ze względu na wątki obyczajowe. Można również z całą pewnością założyć, że sędzia na taki wniosek przystanie.

Brudne adidasy

Adam S. „Smoła” swego czasu uchodził za cyngla swojego dawnego bossa, „Lewatywy”. Na ostatniej rozprawie  w procesie oskarżonych o zamach na życie Piotra Karpowicza, dyrektora PZU w 1999 roku jeden ze świadków anonimowych twierdził, że „Smoła” na pewno miał na sumieniu życie ubezpieczyciela. Podobno „był narkomanem” i dlatego miał chwalić się wszystkim dookoła, że to właśnie on pociągnął za spust. Po drugie, ale – jak świadek raczył zaznaczyć – to bezpośrednio (właściwie w ogóle) nie ma związku ze sprawą, „Smoła” miał mieć zwyczaj chodzić w zakrwawionych białych butach i oświadczać wszem i wobec, że „to krew moich wrogów”.

Taki krwiożerczy wizerunek „Smoły” narysował przesłuchany ostatnio w sądzie w Bydgoszczy świadek anonimowy. Na to sam Adam S. wstał i wygłosił oświadczenie, w którym z całą stanowczością stwierdził, że rzeczone rewelacje to stek bzdur; że on sam nigdy „by do ludzi nie wyszedł” w takich butach; w ogóle nigdy białych butów nie miał. A tak poza tym wszystkim, to po prostu byłoby niehigieniczne. Koniec i kropka.

Chłopiec na posyłki

W sprawie o zabójstwo dyrektora PZU przed 18 laty nastąpił mały przełom. Choć i to słowo chyba jest na wyrost. W ogóle pojęcie procesowego przełomu w odniesieniu do tej konkretnej sprawy nieco się już zdewaluowało. Przełomów, zwrotów i punktów kulminacyjnych można by w sprawie Tomasza Gąsiorka oraz pozostałych oskarżonych – w tym Henryka L. „Lewatywy” i Adama S. „Smoły”  – naliczyć kilkanaście. Jeśli nie więcej.

Na ostatniej rozprawie swoje zeznania raczył złożyć świadek koronny Stanisław R., dawny kompan „Lewatywy” i większej części ferajny zajmującej w tej konkretnej sprawie ławę oskarżonych. Otóż R. zażyczył sobie, co sędzia oczywiście uszanowała, zeznawać w warunkach wyłączonej (czasowo) jawności. W istocie sprowadzało się to do konieczności opuszczenia przez dziennikarzy sali rozpraw. Tak się jednak składa, że wcześniej złożone zeznania R. były już dobrze znane wszystkim zainteresowanym sprawą. Nie wiadomo, czy tym razem R. podtrzymał wcześniej złożone wyjaśnienia, czy nie. W każdym razie, z tego, co mówił wcześniej – jeszcze w ubiegłym roku – wynikało, że dawno temu, w zamierzchłej przeszłości lat 90. pośredniczył w przekazaniu pewnemu człowiekowi broni i samochodu. Twierdził, że spełniając to zadanie wypełnił rozkaz swojego ówczesnego szefa, „Lewatywy” (oskarżonego później o zorganizowanie zamachu na szefa z bydgoskiej ubezpieczalni.

Jesienią ubiegłego roku do tych rewelacji odniósł się inny świadek, Sławomir G. (swoją drogą, ciekawa postać – bydgoszczanin, którego dwa lata temu w drodze ekstradycji sprowadzono do Polski prosto z Chicago, gdzie po burzliwej, przestępczej przeszłości w Polsce wiódł w miarę normalne, ułożone życie). Oto G. w krótkich żołnierskich słowach przed sądem stwierdził, że wyjaśnienia R. można traktować wyłącznie, jako bajki, ponieważ pod koniec lat 90. był jeszcze młokosem. A jak wiadomo „chłopcu na posyłki nikt poważny broni by nie powierzył”.

Czeski przekręt na hazardowych omnibusów

„Wrzuć tę pieprzoną gotówkę!” – mówi do mnie automat. Mówi to po angielsku, z teksańskim akcentem. Mówi tak, że oczami wyobraźni widzę tego, kto wypowiada te słowa. Gangster w fedorze z cygarem w ustach pochylający się nad stolikiem do Black Jacka. No, może trochę pomaga tu barwna podświetlona ilustracja, która wyświetla się na automacie. Przeniosłem się w ten świat hazardu lat 30 wszedłszy do małego kiosku przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy. Kiedyś w tej budce sprzedawano paraleki i herbatki na przeczyszczenie. Teraz w środku ustawione są dwa automaty niskich wygranych. Jest ciemno, bo okna szczelnie zaklejono reklamami maszyn Jackpot i 777. W środku i wokół walają się puszki po piwie i małe flaszki z pobliskiej „Żabki”. Na drzwiach napis KWP i jest rozwinięcie: Klub Wiedzy Powszechnej. Propagowanie tej wiedzy sprowadza się do tego, że na rozpoczęcie każdej rundy gry na automacie, po wrzuceniu piątaka na ekranie wyświetla się jakieś pytanie z wiedzy ogólnej o świecie. Koniec kropka. Reszta to biznes i próba obejścia prawa z 2009 roku zakazującego urządzania gier hazardowych poza kasynami.

Co ciekawe w przypadku KWP trop wiedzie do firmy czeskiej. Z regulaminu gry wynika, że organizatorem „Konkursów wiedzy powszechnej” jest firma Mejra Investments s.r.o. ma siedzibę w stolicy Czech. Adres to Dedinska 893/29, Praha 6. Spółka rzekomo mieści się w tym samym biurowcu, w którym swoje oddziały mają również firmy Comparex, Hertz, UniLeasing oraz kilka innych przedsiębiorstw. Jedna ze spółek pod tym samym adresem nosi nazwę identyczną z imieniem i nazwiskiem 29-letniego biznesmena Szczepana J., który jest prezesem firmy zarejestrowanej w 2015 r. w Warszawie.

Celnicy informują, że w ubiegłym roku skonfiskowali w całym województwie około 700 podobnych nielegalnych maszyn. Jak widać jednak właściciele automatów nie dają za wygraną i ewentualne konfiskaty sprzętu przez SC po prostu wpisują sobie w koszta.

Patrząc śmierci w… celownik

Tym razem garść ciekawostek z odkrytego niedawno arcyciekawego portalu gunpolicy.org. Słowem coś o spluwach i o tym, jakie spustoszenie sieją w niepowołanych rękach. Na całym świecie.

Każdego dnia z broni palnej na całej kuli ziemskiej ginie około tysiąc osób, a 34 miliony (!) zostaje rannych rannych. Na całym świecie jest ponad 875 milionów egzemplarzy broni palnej, a trzy czwarte z tej liczby znajduje się w rękach cywilów. To więcej niż jest na całym globie samochodów osobowych. Każdego roku na czarnych rynkach i w legalnym obrocie przybywa około ośmiu milionów nowych egzemplarzy broni małokalibrowej oraz mniej więcej 10 do 15 miliardów sztuk amunicji.

Pocieszające jest, że w Polsce problem przestępstw dokonywanych przy użyciu broni palnej to margines. Mamy jeden z najniższych współczynników na świecie w przeliczeniu sztuk broni na 100 obywateli. U nas wynosi on raptem 1,14. W USA to 101,05!