platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 31 marca 2017

Kokainowe taxi

Pech. Tak mogą powiedzieć o złym losie, który spłatał im nie lada figla, bydgoscy taksówkarze, którzy zostali dwa lata temu zatrzymani przez CBŚ na gorącym uczynku w czasie wykonywania dostawy kokainy do agencji towarzyskiej na Jarach. Lada dzień w sądzie ma rozpocząć się ich proces.

Sprawa jest tym pikantniejsza, że w trakcie śledztwa wyszły na jaw szczegóły i szczególiki sprawy, o których najbardziej zainteresowani (czyli klienci, rzecz jasna) woleliby zapomnieć. Pech (ech, to znów on!) chciał, że niestety biznesmeni, a podobno również ludzie (sic!) władzy w Bydgoszczy będą musieli wystąpić w tej sprawie w charakterze świadków. Wszystko przez to, że szefowa tego majdanu, niejaka Agnieszka L. zdecydowała kiedyś o zainstalowaniu w hallu swojego ekskluzywnego klubu kamer. Materiały z monitoringu trafiły w ręce śledczych, którzy – jak na tacy – dostali pełną dokumentację działalności narkotykowo-towarzyskiej agencji, wraz z wizerunkami odwiedzających ją klientów.

Nie ma się jednak, co łudzić. Można założyć z całą pewnością, że co najmniej jedna ze stron procesu zażąda jego utajnienia ze względu na wątki obyczajowe. Można również z całą pewnością założyć, że sędzia na taki wniosek przystanie.

Brudne adidasy

Adam S. „Smoła” swego czasu uchodził za cyngla swojego dawnego bossa, „Lewatywy”. Na ostatniej rozprawie  w procesie oskarżonych o zamach na życie Piotra Karpowicza, dyrektora PZU w 1999 roku jeden ze świadków anonimowych twierdził, że „Smoła” na pewno miał na sumieniu życie ubezpieczyciela. Podobno „był narkomanem” i dlatego miał chwalić się wszystkim dookoła, że to właśnie on pociągnął za spust. Po drugie, ale – jak świadek raczył zaznaczyć – to bezpośrednio (właściwie w ogóle) nie ma związku ze sprawą, „Smoła” miał mieć zwyczaj chodzić w zakrwawionych białych butach i oświadczać wszem i wobec, że „to krew moich wrogów”.

Taki krwiożerczy wizerunek „Smoły” narysował przesłuchany ostatnio w sądzie w Bydgoszczy świadek anonimowy. Na to sam Adam S. wstał i wygłosił oświadczenie, w którym z całą stanowczością stwierdził, że rzeczone rewelacje to stek bzdur; że on sam nigdy „by do ludzi nie wyszedł” w takich butach; w ogóle nigdy białych butów nie miał. A tak poza tym wszystkim, to po prostu byłoby niehigieniczne. Koniec i kropka.

Chłopiec na posyłki

W sprawie o zabójstwo dyrektora PZU przed 18 laty nastąpił mały przełom. Choć i to słowo chyba jest na wyrost. W ogóle pojęcie procesowego przełomu w odniesieniu do tej konkretnej sprawy nieco się już zdewaluowało. Przełomów, zwrotów i punktów kulminacyjnych można by w sprawie Tomasza Gąsiorka oraz pozostałych oskarżonych – w tym Henryka L. „Lewatywy” i Adama S. „Smoły”  – naliczyć kilkanaście. Jeśli nie więcej.

Na ostatniej rozprawie swoje zeznania raczył złożyć świadek koronny Stanisław R., dawny kompan „Lewatywy” i większej części ferajny zajmującej w tej konkretnej sprawie ławę oskarżonych. Otóż R. zażyczył sobie, co sędzia oczywiście uszanowała, zeznawać w warunkach wyłączonej (czasowo) jawności. W istocie sprowadzało się to do konieczności opuszczenia przez dziennikarzy sali rozpraw. Tak się jednak składa, że wcześniej złożone zeznania R. były już dobrze znane wszystkim zainteresowanym sprawą. Nie wiadomo, czy tym razem R. podtrzymał wcześniej złożone wyjaśnienia, czy nie. W każdym razie, z tego, co mówił wcześniej – jeszcze w ubiegłym roku – wynikało, że dawno temu, w zamierzchłej przeszłości lat 90. pośredniczył w przekazaniu pewnemu człowiekowi broni i samochodu. Twierdził, że spełniając to zadanie wypełnił rozkaz swojego ówczesnego szefa, „Lewatywy” (oskarżonego później o zorganizowanie zamachu na szefa z bydgoskiej ubezpieczalni.

Jesienią ubiegłego roku do tych rewelacji odniósł się inny świadek, Sławomir G. (swoją drogą, ciekawa postać – bydgoszczanin, którego dwa lata temu w drodze ekstradycji sprowadzono do Polski prosto z Chicago, gdzie po burzliwej, przestępczej przeszłości w Polsce wiódł w miarę normalne, ułożone życie). Oto G. w krótkich żołnierskich słowach przed sądem stwierdził, że wyjaśnienia R. można traktować wyłącznie, jako bajki, ponieważ pod koniec lat 90. był jeszcze młokosem. A jak wiadomo „chłopcu na posyłki nikt poważny broni by nie powierzył”.