platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Kwiecień 2017

Zapomniany bentley z Hiltona

Poprzedni odcinek opowieści o samochodowej „robocie stulecia” zakończyłem na wątku, w którym to śledczy snuli przypuszczania, że bentley’e skradzione w Berlinie w 2013 roku miały trafić za naszą wschodnią granicę. Ta opowieść miała zaskakujący finał.

Zatem jaki zatem los spotkał limuzyny z salonu przy Kurfurstendamm Strasse? Miesiąc przed głośnym pościgiem, który rozpoczął się na ulicach Włocławka, niemiecki „Der Bild” zamieszcza krótką, niepozorną informację. Dziennikarz przytacza w tekście słowa niejakiego Charlesa F. szefa berlińskiej firmy wypożyczającej auta przy berlińskim hotelu Hilton, który twierdzi, że już w grudniu 2013 roku został poinformowany przez kierownika hotelowego parkingu o nowiutkim Bentleyu od tygodni czekającym na odbiór przez właściciela. – Zarząd hotelu zainteresował się brytyjską homologacją za przednią szybą tego auta – mówi Charles F. – Samochód miał fabrycznie nowe opony. Guma jeszcze lśniła.

Dziwnym trafem minął ponad miesiąc, nim niemieccy policjanci zdołali skojarzyć znalezisko w hotelu Hilton z listopadową kradzieżą. Sprawdzono numery nadwozia i silnika. Wszystko się zgadzało – tym samym piąty ze skradzionych Bentleyów wrócił do właściciela. Do dzisiaj nie wyjaśniono, kto i dlaczego porzucił drogie auto na hotelowym parkingu.
Oficjalnie śledztwo prowadzone przez włocławską prokuraturę dotyczyło tylko trzech aut, które znaleziono w Inowrocławiu, Toruniu, w lesie koło Rypina i w samym Włocławku: – Prowadziliśmy postępowanie w sprawie ukrywania samochodów i paserstwa – tłumaczy prok. Wojciech Fabisiak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej we Włocławku. – Śledztwo zostało umorzone 22 sierpnia z powodu niewykrycia sprawcy.

Czy to koniec tej historii? Chyba jednak nie. Za wygraną nie chcą dać niemieccy prokuratorzy. Najbardziej zuchwała kradzież ostatnich lat wciąż spędza im sen z powiek, bo na początku listopada zwrócili się o pomoc prawną do śledczych z Włocławka. – Takie pismo do nas wpłynęło – potwierdza prokurator Wesołowski. – Zresztą już wcześniej sami zwracaliśmy się o podobną pomoc do Niemiec.

Bentley’e na rynek wschodni

Takie historie nie zdarzają się co miesiąc. Nawet nie raz na rok. Śledztwo wspomina się całymi latami. Smaczku dodaje fakt, że sprawców do tej pory nie złapano. Tę opowieść wznowić należy, kiedy w sprawie limuzyn skradzionych w Berlinie następuje przełom.

18 lutego 2014. Rankiem kryminalni z Włocławka namierzają kolejnego podejrzanego Bentleya. Kierowca nie chce się zatrzymać. Rzuca się w szaleńczy rajd ulicami miasta. Ucieka w kierunku Łodzi. W działania włączają się policjanci z Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. Śledzą uciekającą limuzynę z lotu ptaka, przy użyciu śmigłowca. Samochód zostaje w końcu zatrzymany na granicy powiatu konińskiego. Policja zdawkowo odnosi się do oczywistych sugestii, że oto zatrzymano ostatniego z pięciu skradzionych Bentleyów. Niczego nie potwierdza, niczemu nie zaprzecza. – Zatrzymano jedną osobę, której związek ze sprawą jest wyjaśniany – informuje krótko Monika Chlebicz, rzecznik kujawsko-pomorskiej policji.

Dopiero kilka miesięcy później wychodzi na jaw, że samochód, owszem pochodzi z Niemiec, ale nie jest to jedno z pięciu aut uprowadzonych z Berlina. Potwierdza to prokurator Bogdan Wesołowski, z Prokuratury Okręgowej we Włocławku. To ta jednostka prowadziła postępowanie dotyczące trzech odnalezionych Bentleyów: – To zupełnie inna sprawa, która nie miała związku z naszym śledztwem.

Podejrzenia śledczych od razu szły w tym kierunku, że obu kradzieży dokonano na konkretne zamówienie. Bydgoscy kryminalni, zajmujący się zwalczaniem przestępczości samochodowej, nie ukrywają, iż przez Kujawsko-Pomorskie biegnie szlak przerzutowy aut z Niemiec na wschód. – Złodziej, który ukradnie wóz, musi go jeszcze upłynnić, znaleźć na niego kupca – wyjaśnia Marek Dydyszko, zastępca Prokuratora Okręgowego w Bydgoszczy. – Z reguły sam tego nie robi. Od legalizowania wozu, a później od wyszukania klienta zainteresowanego jego kupnem są konkretni, wyspecjalizowani w tym ludzie.

Bydgoscy śledczy szacują, że złodziej za wykonaną „robotę” może dostawać od 10 do 50 tys. zł. To górna granica w przypadku najdroższych aut. Te najczęściej próbuje się przerzucać bezpośrednio do klientów z Rosji, państw bałtyckich i Ukrainy.

Kradzież bentley’ów. Nadinspektor Buschmann się dziwi

Część II historii skradzionych bentley’ów, które trafiły z Berlina do Polski.

W listopadzie 2013 roku policja odzyskuje limuzyny, ale nie zatrzymuje nikogo w tej sprawie. Tymczasem gazeta „Berliner Post” powołując się na mundurowych zza Odry publikuje nowe ustalenia w sprawie kradzieży.

Niemieccy policjanci są przekonani, że włamania na Kurfurstendamm dokonali wybitni specjaliści.

To nie byli prymitywni złodzieje, którzy łomem sforsowali tylne wrota magazynu, jak wynikało z pierwszych sygnałów w tej sprawie. Sprawcy kradzieży mieli się posługiwać duplikatem klucza. Gdy weszli do salonu, prawdopodobnie od razu skierowali się do biura przedstawiciela firmy, skąd zabrali pięć kluczyków do pięciu luksusowych maszyn. Zagadką pozostaje, w jaki sposób udało się im wyprowadzić limuzyny nie budząc najmniejszych podejrzeń w okolicy usianej drogimi sklepami obsługiwanymi przez firmy ochroniarskie.

Nawet Ulf Buschmann, nadinspektor Brandenburgii cytowany przez „Markische Oberzeitung” nie potrafi tego wyjaśnić. Na temat wyczynu polskich złodziei wypowiada się jednak w uspokajającym tonie: – Auta wyposażone w nadajniki GPS udaje się nam i naszym polskim kolegom namierzyć prawie w stu procentach przypadków kradzieży…

To nie zmienia faktu, że do 15 listopada ubiegłego roku odzyskano tylko trzy z pięciu skradzionych wozów. Czwarty wpadł (choć w tym przypadku to może określenie użyte na wyrost) w ręce policji 17 listopada. Jeden z mieszkańców osiedla Południe we Włocławku chwycił za telefon i poinformował mundurowych o limuzynie, która… stoi pod oknem jego bloku. – Auto było zaparkowane na osiedlowym parkingu – mówi Monika Chlebicz, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. – Po sprawdzeniu okazało się, że to najprawdopodobniej jeden z pięciu skradzionych z salonu w Berlinie.

Ciąg dalszy nastąpi.

Łowcy mercedesów i bentley’ów

Włocławscy policjanci zatrzymali w ostatnich dniach dwóch sprawców włamania do domu i kradzieży mercedesa wartego ćwierć miliona złotych. Funkcjonariusze odzyskali też skradzione auto, które złodzieje zdążyli wywieźć do Warszawy. Podejrzanym grozi do 10 lat pozbawienia wolności. Decyzją prokuratora obaj zostali objęci policyjnym dozorem.

To nie pierwsza i pewnie nie ostatnia kradzież, której łupem miała paść limuzyna. Kilka lat temu w naszym województwie rozegrał się historia, niczym ze scenariusza filmowego.

Wyobraźmy sobie taką sytuację.

Pięć bajecznie drogich samochodów znika z salonu w centrum Berlina. Cztery znajdują się w naszym regionie. Porzucone. Piąte auto tygodniami kurzy się na parkingu hotelu. Jak to możliwe? Zacznijmy naszą opowieść od początku.

Noc z 7 na 8 listopada 2013 ubiegłego roku. Ruch na dawnym przejściu granicznym w Świecku odbywa się tak, jak przez ostatnich siedem lat – podróżni przejeżdżają swobodnie z Niemiec do Polski i w drugą stronę. To zmieni się jednak następnej nocy. Za trzy dni, 11 listopada w Warszawie rozpocznie się Szczyt Klimatyczny ONZ. W związku z tym na krótki czas zostaną przywrócone kontrole graniczne. Kierowcy aut wjeżdżających do Polski i udający się za zachodnią granicę, będą wybiórczo zatrzymywani i kontrolowani.

Godzina 22. Przy Kurfurstendamm Strasse, jednej z najdroższych ulic Berlina w największym w Europie salonie samochodowym Bentleya nie ma już nikogo z obsługi. Nikogo poza pracownikiem ochrony. Zresztą kto by się spodziewał, że ewentualny złodziej może być na tyle zuchwały, by próbować wyczyścić sklep w centrum miasta, w otoczeniu najdroższych dealerów samochodowych, butików i salonów mody?

Ranek 8 listopada. Berlińskich policjantów stawia w stan pogotowia telefon z biura dealera Bentleya przy Waitzstrasse w dzielnicy Charlottenburg. Szef salonu relacjonuje policji: pracownik sklepu, który po godzinie 6 wyłączał systemy alarmowe w salonie, odkrył, że w garażu brakuje pięciu aut. Cztery z nich to modele Continental GT z 650 KM, jeden – Flying Spur. Wartość samochodów oszacowano na ponad milion euro.

Zaraz po zawiadomieniu policji służby uruchamiają standardową procedurę. O kradzieży limuzyn informują pograniczników, również polskich, którzy właśnie przygotowują się do czasowego zamknięcia przejścia granicznego w Świecku. Działają w ramach Polsko-Niemieckiego Centrum Współpracy Służb Granicznych, Policyjnych i Celnych. W Świecku pracuje 44 niemieckich i 25 polskich urzędników. Ich działania są już i tak spóźnione. Kradzieży w berlińskim salonie dokonano dobrych kilka godzin wcześniej. Jeżeli złodzieje zamierzali przekroczyć polską granicę, pewnie i tak już to zrobili.

W akcję poszukiwania skradzionych limuzyn zostają zaangażowani policjanci z Polski. Na efekty nie trzeba długo czekać. Po pięciu dniach namierzają dwa uprowadzone Bentleye. Jeden jest zaparkowany w garażu w Inowrocławiu, drugiego ktoś zaparkował w blaszanym pawilonie przy ulicy Kołłątaja w Toruniu. Po kolejnych trzech dniach policjanci, tym razem z Rypina, odbierają telefon od grzybiarza, który spacerował w okolicznych lasach. Zaintrygował go luksusowy samochód zaparkowany jak gdyby nigdy nic na leśnym dukcie. Policja jedzie na miejsce. Mundurowi sprawdzają numery silnika, nadwozia. Tak udało się odzyskać trzeciego ze skradzionych bentleyów, które jeszcze kilka dni wcześniej czekały na klientów w garażu na zapleczu berlińskiego salonu.

– Dwa samochody były wyposażone w fabrycznie zainstalowany system GPS – mówi oficer operacyjny z kujawsko-pomorskiej policji. – Złodzieje albo nie wiedzieli, że auta tej klasy można namierzyć już od chwili, gdy opuszczą taśmę produkcyjną, albo po prostu o tym zapomnieli.

Koniec cz. I

Sprzedać sobie samemu własne lady chłodnicze?! Historia pewnego przekrętu

W sądzie w Bydgoszczy rozpoczął się już proces dwóch biznesmenów, którzy poświadczali nieprawdę w dokumentach dla banków.

To byli kontrahenci Zbigniewa K., szefa sieci sklepów spożywczych i cukierni „Zetka”. K. jest od 2015 roku poszukiwany przez policję i prokuraturę za między innymi wyłudzenia podatkowe. Według śledczych wymyślił przekręt na tak zwany odwrócony leasing.

Chodziło o fikcyjny obrót specjalistycznymi urządzeniami używanymi w handlu artykułami spożywczymi – ladami i chłodziarkami. W skrócie mówiąc chodziło o to, że K. leasingował fabrycznie nowy sprzęt, który zaledwie kilka tygodni wcześniej kupował. Karuzela działała do czasu.

K. – jak wyjaśniają śledczy Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy – wystawiał swoim wspólnikom faktury, z których wynikało, że kupowali od niego specjalistyczny sprzęt. W świetle prawa byli zatem zobligowani uiścić mu zaliczkę. Tu jednak pojawia się rozbieżność między tym, do czego doszła prokuratura, a wyjaśnieniami samych oskarżonych.

Podsądni twierdzą, że to K. miał płacić zaliczki na sprzęt. Musiał mieć podobno wkład własny, ponieważ fundusz leasingowy czy bank nie wykładał 100 procent kosztów maszyn.

– Najłatwiej to opisać na prostym przykładzie – mówi prokurator – Przyjmijmy, że mamy 50 tys. zł. Zaliczka wyniosłaby 15 tysięcy; teoretycznie powinien zapłacić ją pan K., a pozostałą część płacił bank przez fundusz leasingowy. Sprzęt był sprzedawany następnie na rzecz pana K. Taki był mechanizm.

K. zniknął. Podobno jest gdzieś w Niemczech. Już jednak wcześniej, zanim zaczął przeczuwać, że śledczy depczą mu po piętach i czas najwyższy wziąć nogi za pas, jego firma miała kłopoty. Sklepy powoli przejmowała firma konkurencyjna, „K”. Teraz sieć działa już całkowicie pod jej szyldem.

Prokuratura postanowiła skierować do sądu akt oskarżenia w sprawie K., mimo że sam K. jest… poszukiwany. A to dlatego, że uznano iż nic nie stoi na przeszkodzie, by pociągnąć do odpowiedzialności osoby, które również miały swój udział w działaniu wymyślonej przez niego karuzeli…