platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Grudzień 2017

Jak daleko od biletu (jego braku) do zarzutów o rasizm

Śledczych w Bydgoszczy czeka trudne zadanie. Będą musieli zważyć argumenty jednej i drugiej strony i stwierdzić, czy w awanturze, która wywiązała się w autobusie MZK poszło tylko o bilet. Czy może sprawa ma inne, rasistowskie podłoże.

W środę obywatelka USA złożyła w Prokuraturze Rejonowej Bydgoszcz-Południe zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez kontrolerów biletów, których spotkała 30 listopada w autobusie linii 56.

– W zawiadomieniu zarzuca kontrolerom firmy zewnętrznej, którzy tego dnia sprawdzali bilety w autobusie komunikacji miejskiej, że naruszyli jej nietykalność cielesną, zmuszali do określonego zachowania i między innymi pozbawili wolności – mówi prok. Włodzimierz Marszałkowski, szef Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Południe.

Poza tym Amerykanka w piśmie złożonym w prokuraturze zarzuca również kontrolerom znieważenie na tle rasowym.
Przypomnijmy, że sprawa została nagłośniona, kiedy w internecie pojawił się film z zajścia, na którym widać jednego z kontrolerów siłującego się z młodą kobietą. Została przygnieciona przez mężczyznę między siedzeniami autobusu.

– Zapisu całości zajścia nie ma, bo monitoring w autobusie nie działał – mówi prok. Marszałkowski. – Do analizy pozostaje zatem tylko nagranie jednego z pasażerów, które zostało wykonane telefonem komórkowym. Oczywiście czekamy na relacje wszystkich świadków tego zdarzenia.

Wcześniej osobne zawiadomienie do prokuratury złożyli kontrolerzy. Jeden z nich miał zostać kopnięty przez pasażerkę.

Obie strony zarzucają sobie na wzajem, że zostały obrażone ze względu na kolor skóry. Kontrolerzy mieli być wyzywani od „białych”, a Amerykanka utrzymuje, że została przez nich napadnięta z pobudek rasistowskich.

Kawaler, Biedroń i Kancelaria Prezydenta RP

We wrześniu pisaliśmy o sprawie wpisu na FB, który Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych przypisał Tomaszowi Romanowi B., politykowi z Więcborka. Słowa „Pedalisko paskudne!” padły pod adresem Roberta Biedronia. To określenie pojawiło się pod fotografią zamieszczoną 25 września tego roku na profilu SE.pl.

Działacze Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych sugerują, że autor to człowiek niedawno odznaczony przez Prezydenta RP. Ośrodek nie złożył w tej sprawie jednak zawiadomienia do prokuratury ani nie poinformował policji.

– Prawo w Polsce, niestety, nie przewiduje ścigania za takie czyny – mówi Konrad Dulkowski, prezes OMZRiK. – W kodeksie karnym jest mowa o stosowaniu przemocy lub publicznym nawoływaniu do przemocy z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej, ale nie z powodu orientacji seksualnej. Pozostaje nam zatem piętnować takie zachowania.

Od Tomasza Romana B. otrzymaliśmy w tej sprawie komentarz: „Nie interesuje mnie pan Biedroń i jego żywot – dziękuję za informację”.

Doczekaliśmy się w końcu opinii Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie:

„W odpowiedzi na Pana zapytanie z dnia 3 października br. uprzejmie informujemy, że Pan Tomasz Roman B. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 29 marca 2017 r. Order nadany został na wniosek Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi w działalności społecznej i publicznej.

Zgodnie z art. 2 ust. 2 ustawy z dnia 16 października 1992 r. o orderach i odznaczeniach (Dz. U. z 2015 r. poz. 475 i 1266 oraz z 2016 r. poz. 1948) „Prezydent nadaje ordery z własnej inicjatywy lub na wniosek Prezesa Rady Ministrów oraz Kapituł Orderów”. W przypadku uhonorowania Pana Tomasza B., Kapituła Orderu Odrodzenia Polski skorzystała z uprawnienia wynikającego z art. 21 pkt 2) w/w ustawy, zgodnie z którym jest ona uprawniona do występowania do Prezydenta z inicjatywą nadania orderu.

Zgodnie z postanowieniami Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej nadawanie orderów i odznaczeń należy do prerogatyw prezydenckich. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej realizuje swoje kompetencje w tym zakresie wydając postanowienia. Postanowienia Prezydenta są aktami urzędowymi, nie stanowiącymi decyzji w rozumieniu przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego i w związku z tym,  nie wymagają one, dla swej ważności, uzasadnienia faktycznego.

Powyższe oznacza, że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie ma obowiązku uzasadniania postanowień o nadaniu orderów i odznaczeń ani odmowy ich nadania.

Z poważaniem,

Biuro Prasowe

Kancelaria Prezydenta RP”

Ojciec wyrodny, ojciec płaczący

Dariusz W. z Bydgoszczy może usłyszeć wyrok 25 lat więzienia. Takiej kary chce dla niego prokurator Witold Kujawa. W. jest oskarżony o skatowanie córki, trzymiesięcznej Oliwii. Miał pobić dziecko, rzucić nim o podłogę, potem tłumaczyć, że to starsza (dwuletnia) siostrzyczka pobiła dziewczynkę „kubkiem niekapkiem”. Tyle tylko, że lekarze, którzy dzień później badali dziecko, stwierdzili u małej pęknięcie czaszki, co wyklucza wersję przedstawioną przez ojca.

Ojciec w procesie szafował wersjami, przedstawiając ich modyfikowane co chwilę wersje. A w mowie końcowej jego obrońca twierdził, że tak naprawdę nie ma ani jednego dowodu winy jego klienta, a wszystkie relacje świadków, które go obciążają, pochodzą z informacji przekazanych im przez Paulinę, żonę oskarżonego i matkę Oliwki.

Wyrok zapadnie 11 grudnia.

Makabra na Bartodziejach

Śledztwo prowadzone pod nadzorem bydgoskiej prokuratury odsłania fakty, które mrożą krew w żyłach. To historia 47-latka, który w czerwcu wyszedł z więzienia. Od razu przyjechał do swojej kochanki. Odwiedził ją w bloku na bydgoskich Bartodziejach, zabił, a następnie sam wezwał na miejsce pogotowie.
Zanim przyjechali ratownicy, uciekł. Nagie zwłoki 48-letniej kobiety znaleziono w wannie wypełnioną gorącą wodą. Policjanci pod nadzorem prokuratora oraz biegłego przeprowadzili oględziny miejsca zdarzenia. Ciało kobiety zostało zabezpieczone w Zakładzie Medycyny Sądowej, gdzie przeprowadzono sekcję zwłok. Wstępne badania wykazały, że przyczyną śmierci kobiety było utonięcie.
Sprawą zajęli się kryminalni z bydgoskiego Śródmieścia. Ich zadaniem było przede wszystkim namierzenie zgłaszającego, który uciekł przed przybyciem służb ratunkowych. Do poszukiwań włączyli się również kryminalni z komendy miejskiej. Funkcjonariusze szybko wpadli na trop podejrzewanego.
Dzień później pijanego 47-latka zatrzymano w Białych Błotach. Został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. Grozi mu 25 lat więzienia albo dożywocie.

Siekierezada w Fordonie

Przypadek oskarżonego w procesie o zabójstwo, do którego doszło w bydgoskim Fordonie w listopadzie ubiegłego roku może być przykładem na to, jak nieskuteczna jest idea resocjalizacji w zakładach karnych. Mógłby być również przykładem na to, jak pobyt w więzieniu za popełnienie zbrodni w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu nie wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa społeczeństwa. Można powiedzieć, po co te pretensje? Przecież zakład karny, co do zasady ma zadanie wykonać karę orzeczoną przez sąd, który to podejmuje decyzję o odizolowaniu osoby niebezpiecznej od reszty obywateli. Mógłby.

Tak naprawdę jednak historia 77-letniego Henryka B., którego proces w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy właśnie dobiega końca, to obraz życia zdominowanego przez wydarzenia straszne, takiego, w którym o wiele więcej jest cieni niż blasków. B. odsiedział 12 lat za kratami za zabójstwo żony. Zaraz po wyjściu znalazł schronienie w mieszkaniu Adama K. w Starym Fordonie. Pomieszkiwał kątem z gospodarzem i jego partnerką Grażyną O. Dochodziło między nimi do sprzeczek, awantur. 19 listopada Henryk B., który twierdzi, że został okradziony, zaatakował siekierą Adama K. – zadał mu co najmniej kilka (to wersja prokuratury) ciosów. K. padł nieprzytomny na podłogę. Potem miał rzucić się również na Grażynę O. i pobić ją (podobno uderzał obuchem w głowę). Prokurator twierdził, że B. wyrzucił na podłogę w pokoju stare rzeczy, ubrania, a następnie wysypał na nie żar z pieca.

Wyszedł z domu z Kazimierzem K. (bratem Adama, który w procesie twierdził, że został zastraszony przez B.), zaopatrzyli się w wódkę i poszli do sąsiedniego domu, gdzie kątem pomieszkiwał ich kompan od butelki, bezdomny Damian R. B. obwieścił, że u Adama „jest przeciąg”. R., mimo tego, że był pijany, poszedł sprawdzić, co się stało u sąsiada. Mieszkanie było zadymione, R. wyciągnął na zewnątrz nieprzytomnego Adama K. i próbował też ratować Grażynę O., która leżała „pod kanapą” też nieprzytomna. Miała twarz oklejoną sadzą. Kobieta zmarła w szpitalu kilka dni później, a jej partner przeżył i w procesie występował jako osoba pokrzywdzona. Zmarł jednak w sierpniu „z powodów naturalnych”.

Henrykowi B. grozi co najmniej 8 lat więzienia, ale za zabójstwo dokonane w recydywie sąd może go skazać też na 25 lat więzienia, albo dożywocie. Proces ma się zakończyć 15 grudnia.