platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Siekierezada w Fordonie

Przypadek oskarżonego w procesie o zabójstwo, do którego doszło w bydgoskim Fordonie w listopadzie ubiegłego roku może być przykładem na to, jak nieskuteczna jest idea resocjalizacji w zakładach karnych. Mógłby być również przykładem na to, jak pobyt w więzieniu za popełnienie zbrodni w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu nie wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa społeczeństwa. Można powiedzieć, po co te pretensje? Przecież zakład karny, co do zasady ma zadanie wykonać karę orzeczoną przez sąd, który to podejmuje decyzję o odizolowaniu osoby niebezpiecznej od reszty obywateli. Mógłby.

Tak naprawdę jednak historia 77-letniego Henryka B., którego proces w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy właśnie dobiega końca, to obraz życia zdominowanego przez wydarzenia straszne, takiego, w którym o wiele więcej jest cieni niż blasków. B. odsiedział 12 lat za kratami za zabójstwo żony. Zaraz po wyjściu znalazł schronienie w mieszkaniu Adama K. w Starym Fordonie. Pomieszkiwał kątem z gospodarzem i jego partnerką Grażyną O. Dochodziło między nimi do sprzeczek, awantur. 19 listopada Henryk B., który twierdzi, że został okradziony, zaatakował siekierą Adama K. – zadał mu co najmniej kilka (to wersja prokuratury) ciosów. K. padł nieprzytomny na podłogę. Potem miał rzucić się również na Grażynę O. i pobić ją (podobno uderzał obuchem w głowę). Prokurator twierdził, że B. wyrzucił na podłogę w pokoju stare rzeczy, ubrania, a następnie wysypał na nie żar z pieca.

Wyszedł z domu z Kazimierzem K. (bratem Adama, który w procesie twierdził, że został zastraszony przez B.), zaopatrzyli się w wódkę i poszli do sąsiedniego domu, gdzie kątem pomieszkiwał ich kompan od butelki, bezdomny Damian R. B. obwieścił, że u Adama „jest przeciąg”. R., mimo tego, że był pijany, poszedł sprawdzić, co się stało u sąsiada. Mieszkanie było zadymione, R. wyciągnął na zewnątrz nieprzytomnego Adama K. i próbował też ratować Grażynę O., która leżała „pod kanapą” też nieprzytomna. Miała twarz oklejoną sadzą. Kobieta zmarła w szpitalu kilka dni później, a jej partner przeżył i w procesie występował jako osoba pokrzywdzona. Zmarł jednak w sierpniu „z powodów naturalnych”.

Henrykowi B. grozi co najmniej 8 lat więzienia, ale za zabójstwo dokonane w recydywie sąd może go skazać też na 25 lat więzienia, albo dożywocie. Proces ma się zakończyć 15 grudnia.

Zostaw komentarz