platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Luty 2019

SZEŚĆ TYSIĘCY ZŁAMANYCH ŻYĆ

Statystyka to narzędzie bardzo pomocne. Choć są i tacy, którzy ostrzegają przed zbytnim zawierzeniem tej gałęzi nauki. By wspomnieć choćby słynny żart Billa Gatesa. Miał on kiedyś powiedzieć, że kiedy wchodzi do baru, w którym siedzi pięciu piwoszy i barman, to statystycznie każdy z nich staje się milionerem.

Są jednak takie statystyki, przy których analizowaniu nie ma miejsca na żarty. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że za liczbami przywoływanymi, na przykład przez policję, kryją się prawdziwi ludzie, rzeczywisty ból i przekreślone życia.

Oto – według najnowszych zestawień Komendy Głównej Policji – w ubiegłym roku postawiono zarzuty w niemal 6 tysiącach spraw o wykorzystywanie seksualne małoletnich. To ponad 1,5 tysiąca takich spraw więcej niż w 2017 roku. Co kryje się za określeniem małoletni? Taką osobą równie dobrze może być nastolatek, który za kilka tygodni ukończy 15. rok życia, ale może to być również dziecko w wieku pięciu, siedmiu, dziesięciu lat. Trudno sobie wręcz uświadomić ogrom tragedii, które się wydarzyły w ubiegłym roku (nie wszystkie te przestępstwa, rzecz jasna, zostały popełnione w 2018, ale wtedy po prostu je ujawniono).

Jak destrukcyjny wpływ na życie młodego człowieka mogą mieć doświadczenia związane z faktem bycia wykorzystywanym seksualnie? W ostatnich tygodniach przedstawialiśmy na łamach „Pomorskiej” historię byłego już o. Seweryna, czyli Krzysztofa P. W Sądzie w Bydgoszczy trwa proces, w którym jego ofiara – dziś 28-letni mężczyzna – domaga się odszkodowania od duchownego pedofila. Kiedy P. zaczął molestować seksualnie ministranta, ten miał zaledwie 11 lat. Lektura akt sądowych w tej sprawie przyprawia o dreszcze. To historia złamanego życia, poczucia odrzucenia nawet przez najbliższych. To też historia trwałych schorzeń, nerwic i fobii społecznych, które mogą mieć związek z potwornym doświadczeniem z okresu dzieciństwa.

MINISTER PRAWIE JAK KOPCIUSZEK

Stało się. Jak z bicza trzasnął, minęło sześć zaczarowanych miesięcy, w trakcie których Zbigniew Ziobro mógł zmieniać prezesów niczym rękawiczki (by nie powiedzieć, jak skarpetki). Niczym dla Kopciuszka północ, nadszedł dla ministra poniedziałek 12 lutego. Wczoraj zamknęło się magiczne okienko, dzięki któremu ministrowi (i prokuratorowi generalnemu w jednej osobie) wolno było odwoływać prezesów sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych faksem, powoływać ich następców mejlem i za nic mieć sędziowskie gremia unoszące się świętym oburzeniem. Wszak, prawo to prawo. Dura lex, sed lex. Chodzi rzecz jasna o nowelę ustawy o ustroju sądów powszechnych, która obowiązuje od 12 sierpnia. Do tej ustawy w lipcu ubiegłego roku prezydent (i doktor prawa) Andrzej Duda nie miał żadnych zastrzeżeń, ponieważ jej nie zawetował. Wspomniane magiczne okno, to był czas, w którym obowiązywały przepisy przejściowe tejże ustawy. W skrócie – dawały ministrowi możliwość wymiany wszystkich szefów sądów bez zasięgania opinii zgromadzeń sędziowskich. Zbigniew Ziobro wymienił około 120 prezesów i wiceprezesów w kraju. „To czystka!”, krzyknie niejeden malkontent i hamulcowy na drodze walca dobrej zmiany. A tu w sukurs ministrowi przychodzi sekretarz stanu w resorcie sprawiedliwości Łukasz Piebiak, który zauważa, że przecież wszystkich prezesów w sądach jest bodaj 800. Gdzie tu zatem mówić o czystce?! Ale diabeł, jak zawsze zresztą, tkwi w szczegółach. Ano, w tym, że nigdy wcześniej żaden minister tak masowo nie wymieniał szefów sądów. Przypadek? Bynajmniej. Wiadomo przecież czyich interesów strzegło tych 120 prezesów. Czyich? Nadzwyczajnej kasty sędziów, nie inaczej. Uznać zatem można już z całą pewnością, że dzisiaj, 13 lutego, nastał pierwszy dzień prawdziwie niezależnego sądownictwa. Od dzisiaj prawdziwie niezależni prezesi kierować będą wolnymi i niezawisłymi sądami. A wyroki zapadać będą wyłącznie sprawiedliwe. Amen. Jutro w „Pomorskiej” raport o zmianach w kujawsko-pomorskich sądach.