platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Marzec 2019

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY… JAK INTERNETY CHCĄ

Konia z rzędem temu, kto jeszcze tydzień temu zapytany z zaskoczenia potrafiłby powiedzieć, czym jest „Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”. Już sama nazwa nie zachęca do zgłębienia tematu, prawda? Ale może komuś obiło się o uszy sformułowanie „ACTA2”? To już bliżej – na myśl przychodzą manifestujący w Europie i USA ludzie z ruchu Anonymous w charakterystycznych biało-czarnych maskach. A „dyrektywa YouTube”? No to jesteśmy w domu. W końcu, kto nie zna tego portalu, na którym – według statystyk z 2017 roku – użytkownicy oglądają MILIARD godzin filmów dziennie?

Problem w tym, że żadna z tych nośnych nazw nie oddaje tego, czym jest dyrektywa, którą wczoraj przegłosowano w Parlamencie Europejskim. Bo nie jest to ani dokument o zasięgu globalnym (jak ACTA, czyli zainicjowane przez USA porozumienie o walce z naruszeniami własności intelektualnej), ani też nie uderza w „zwykłych” użytkowników, np. portalu You Tube.

Unijna dyrektywa ułatwia za to dochodzenie praw przez twórców, których teksty, muzyka, obrazy i filmy są linkowane, kopiowane i udostępniane w sieci. Jest to próba ukrócenia patologii przejawiającej się w sytuacji: autor pisze tekst (równie dobrze – nagrywa piosenkę, film), a zarabia na tym koncern zasysający treści z sieci i udostępniający go swoim klientom (tu można umieścić nazwę dowolnego giganta sieci). Rzecz jasna, twórca nie ma z tego złamanego grosza. Jeśli więc „dyrektywa” w kogoś uderza, to w potężne koncerny internetowe, a nie w zwykłych użytkowników.

To też jeden z przykładów absurdalności zinformatyzo-wanego świata, w którym łatwo o… dezinformację. Otóż przeciw unijnej dyrektywie protestowała „Wikipedia” (milionom internautów zastępująca wszelkie inne wydawnictwa). A przecież ta platforma – mająca status wydawnictwa encyklopedycznego, popularnonaukowego, edukacyjnego – jest wyłączona z przepisów nowego unijnego prawa.

„DZIEŃ ŚWIRA” 17 LAT PÓŹNIEJ

Wiem, że ryzykuję, ale mimo to postawię pewną tezę. A brzmi ona tak, że nie ma czegoś takiego, jak problem władzy PiS (czy też Zjednoczonej Prawicy) z nauczycielami. To znaczy, nie ma problemu wyłącznie tej władzy z nauczycielami. To grupa zawodowa, która od lat jest odsuwana na boczny tor, jeśli chodzi o realizację postulatów płacowych (okropne określenie, ale sięgam po nie, by być precyzyjnym. Ostatnią rzeczą, której bym chciał zabierając głos na ten temat, to bycie niezrozumianym).

W tym kontekście niewiele zmienia nawet wczorajsza wypowiedź minister Anny Zalewskiej skierowana do nauczycieli grożących strajkiem powszechnym i największym w wolnej Polsce (może nie tylko). Wypowiedź będąca tak apelem, jak też zawierająca ukryte oskarżenie. Chodzi o słowa , by nauczyciele „byli przy swoich uczniach, dzieciach, by (…) emocjonowali się tylko i wyłącznie tym, że trzeba jak najlepiej napisać egzamin”. Badźmy szczerzy, czy kogoś w ogóle zaskoczyły te słowa?

Tak, wiem – to żadne odkrycie. I nawet dowód na to jest oczywisty i… kinematograficzny. Jeżeli oczywiście uznać funkcję sztuki filmowej, jako zwierciadła społeczeństwa. A śmiało można chyba uznać, że kto jak kto, ale Marek Koterski to właśnie twórca, który poprzez swoje dzieła – posługując się parabolą i je-dyną w swoim rodzaju ironią, za pomocą precyzyjnie ustawionego krzywego zwierciadła – mówi nam coś o naszej rzeczywistości. Pamiętacie Adasia Miauczyńskiego (swoją drogą, genialną kreację aktorską Marka Kondrata)? No właśnie.

A gdyby sobie tak wyobrazić tego sfrustrowanego intelektualistę A.D. 2019 siadającego na swojej wysłużonej kanapie i pilotem przełączającego kanał w telewizorze właśnie na wypowiedź pani minister? Monolog, który Kondrat mógłby przeczytać z offu jako komentarz do takiej sceny, sam się pisze, prawda? Chciałoby się dodać: Niestety. A przecież od premiery „Dnia Świra” minęło 17 lat… Najgorsze jednak, że tak naprawdę nie ma w tym nic śmiesznego. Nic, a nic.

JĘZYK KRWI I OBRAZKÓW

Nie chcę wyjść na fatalistę i technofoba (tak, jest taki termin i oznacza osobę czującą strach, niechęć w stosunku do nowoczesności), ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest jakaś zależność między wzrostem przemocy i agresji w tak zwanym dyskursie społecznym i dostępem do internetu. Badacze sieci, znawcy social mediów pewnie już to jakoś opisali i wswoich opracowaniach opatrzyli stosowną naukową terminologią.

Tak, czy inaczej Facebook wczoraj poinformował, że po masakrze w meczetach w Nowej Zelandii usunięto półtora miliona kopii filmu, który w sieci zamieścił zamachowiec. Nagranie udostępniali sobie wzajemnie użytkownicy Facebooka. 300 tysięcy filmów przeszło przez sito algorytmów strzegących treści zamieszczanych na portalu firmy z Doliny Krzemowej.

O czym to świadczy? O niczym innym poza tym, że w ten sposób „userzy” niejako wykonali testament zbrodniarza z Nowej Zelandii. Zbrodniarza, który po zatrzymaniu nie ukrywał swojego podziwu dla innego masowego mordercy – Andersa Breivika. Tak oto w erze powszechnego dostępu do globalnej sieci przejawia się dominanta współczesnej kultury, którą jest język obrazu, memów. W tym przypadku język będący nośnikiem (i tworzywem) memów, ocieka też krwią. Czy tacy właśnie jesteśmy? Żądni krwi? Nie potrafiący uszanować pamięci ofiar bestialskiego ataku? Stajemy się skrajnie eksibicjonistyczni i tego samego żądamy od naszych „znajomych” z portali społeczenościowych?

Coś innego jeszcze przychodzi na myśl. A to, mianowicie, że wszystko to, co zostało już powiedziane, nie tylko prawdopodobnie jest prawdą, ale pewnie i tak uświadomienie sobie tego mało kogo obchodzi. Dowód? Wczoraj, trzy dni po zamachu w Christchurch 37-letni Gokman Tanis strzelał do pasażerów tramwaju w Utrechcie. A kliknięcia wpisów na Twitterze i innych portalach donoszące szczegółowo (ze zdjęciami oczywiście), którymi ulicami przemieszczają się antyterroryści w czasie obławy na zamachowca, szły w miliony.