platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Wrzesień 2019

Pancerny Marian nie zatopi PiS-u

Czy afera byłego ministra Mariana Banasia może mieć jakikolwiek wpływ na decyzje wyborców 13 października? Już w tak sformułowanym pytaniu – skądinąd zadawanym samym sobie przez komentatorów politycznych głównie strony opozycyjnej – kryje się mina (by trzymać się terminologii paramilitarnej – vide „pancerny Marian” ukutej przez wyjątkowo stronniczych i niezmiennie złośliwych dziennikarzy mediów wiadomo, w których rękach pozostających). Miną, która rozsadza od środka tak sformułowane pytanie, jest błędne założenie, że jakakolwiek afera z udziałem polityka partii rządzącej mogłaby mieć wpływ na decyzje wyborcze Polaków.

Dlaczego takie przekonanie jest błędne? Już tłumaczę (że ośmielę się użyć takiego określenia, choć sam sobie nie jestem w stanie wytłumaczyć mechanizmów, które coraz silniej rządzą ostatnio polityką). Otóż, wysokiego sondażowego poparcia dla PiS-u nie zmieniła dotąd żadna wcześniejsza afera. A przecież choćby w ostatnich tygodniach mieliśmy ich trochę, by wspomnieć, na przykład tłumaczenie premiera Morawieckiego z tzw. afery gruntowej, skompromitowanie sędziów KRS-u i SN uwikłaniem w układ hejterski z „ma-łą Emi”, czy rządowe biuro podróży „Kuchciński i s-ka”. W przypadku tych dwóch ostatnich wymienionych afer mieliśmy nawet do czynienia z dymisjami i rezygnacjami ze stanowisk. I co? I nic. A kto dziś pamięta tego przestrzelonego kapiszona (jak mówili politycy PiS-u) „Gazety Wyborczej”, którym była afera dwóch wież przy Srebrnej? Sondaże poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego wręcz wystrzeliły w górę.

A może już tacy jesteśmy, że utożsamiamy się z władzą, której może i pieniądze kleją się do rąk, ale co nieco jest skłonna z tych profitów dać „ludowi” (mam nieodparte wrażenie, że właśnie na zasadzie takiego polityczno-społecznego dealu wyborcy PiS-u odczytują transfery socjalne). Dlatego myślę, że w przeciwieństwie do „grupy trzymającej władzę”, która wysadziła rząd Leszka Millera, „telefon do Banasia” co najwyżej przejdzie do klasyki polskiego politycznego slangu.

Testowanie wyborcy

Jarosław Kaczyński niedawno zapowiedział „odbudowę Stoczni Gdańskiej”. Zaznaczał przy tym, że sam Gdańsk jest miejscem szczególnym na mapie i w historii Polski. Mówił o dziedzictwie roku 1980, o „strajkach i porozumieniach”, o tym, co zostało z wielkich ideałów „Solidarności”. A tym, co zostało, jest według prezesa Prawa i Sprawiedliwości, poszanowanie wolności.

Pewnie szef PiS-u miał na myśli również wolność wypowiedzi. To i mówił pięknie i długo. W tych zapowiedziach dotyczących „odbudowy i dalszego rozwoju Stoczni Gdańskiej” pobrzmiewa jednak sentymentalna nuta. Bo, o których latach świetności stoczni (od ubiegłego roku będącej znów pod narodowym zarządem po przejęciu przez spółki Skarbu Państwa) Jarosław Kaczyński mówił? Czy o latach 70. i 80., kiedy to w stoczni zatrudnionych było bodaj kilkanaście tysięcy pracowników, a zakład działał nie kierując się rachunkiem ekonomicznym? Produkowano wtedy przecież przede wszystkim dla naszego największego, wschodniego odbiorcy. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że odwiedzi wszystkie 41 okręgów wyborczych. Z tych złotych myśli wypowiedzianych podczas wizyt w każdym z nich, można by ułożyć piękny album marzeń.

Może wśród tych, których urzekną podobne świetlane plany, nie zabraknie dotychczasowych wyborców innych opcji politycznych. Już teraz pokazują to sondaże dające PiS-owi 45- a nawet 47 procentowe poparcie. Kampania wyborcza to wyjątkowy czas. Pewnie niektóre z pomysłów wbrew logice i ekonomii – jak, np. windowane przez wszystkie opcje obietnice socjalne – to tylko próby wybadania tolerancji i inteligencji wyborców. Co rusz przecież szefowie opozycji zapowiadają kolejne „plusy”, a „Rodzina+” stała się właściwie powszechnie obowiązującym programem wyborczym każdej szanującej się (czytaj: walczącej o mandat w Sejmie) opcji.

Aż dziw, że w tej szaleńczej licytacji na dodatki nie znalazła się jeszcze „trzynastka 500 +”. Ale to może jeszcze przed nami!

WALKA NA SONDAŻE

To chyba nic odkrywczego, że politycy – szczególnie w czasie kampanii wyborczej – zajmują się głównie sobą. Ta wsobność życia politycznego, mimo że oderwana od rzeczywistych problemów, a skupiona przede wszystkim na wymianie ciosów w publicystycznych programach telewizyjnych, ma jednak wpływ na tak zwany real. Gdy w politycznym matriksie leje się krew, skaczą sondażowe słupki.

A tych, nie dość, że ostatnio pełno, to jeszcze bywają skrajnie różne. Różne dla partii opozycyjnych, bo Prawo i Sprawiedliwość niezmiennie prowadzi we wszystkich zestawieniach. Porównując kolejno prezentowane sondaże, można dojść do wniosku, że gra idzie właściwie tylko o to, czy PiS zdobędzie w parlamencie większość pozwalającą na samodzielne rządzenie, czy będzie musiało szukać koalicjanta w kolejnych czterech lat budowy „IV RP”.

Każdy kolejny sondaż, z którego wynika, że partia Jarosława Kaczyńskiego może liczyć na poparcie rzędu 45 (CBOS), a nawet 48 procent (Estymator na zlecenie DoRzeczy), powoduje coraz większy popłoch w obozie Platformy Obywatelskiej i ugrupowań stowarzyszonych pod egidą Koalicji Obywatelskiej. Tym bardziej dziwią też niemrawe ruchy w szeregach opozycji. Nie jest wielką złośliwością stwierdzenie, że bodaj największymi „sukcesami” w kampanii Platformy stało się – po pierwsze samo uzgodnienie obsady list wyborczych, a po drugie uczynienie z Małgorzaty Kidawy-Błońskiej „twarzą” KO (obwieszczający ten fakt Grzegorz Schetyna zresztą z rozbrajającą szczerością przyznał – nie wprost – że wybór tejże to zabieg iście marketingowy).

Kiedy PiS jak i PO wystrzelały się w licytacji ulg i zapowiedzi socjalnych (wszak odpowiedniki „500+” znalazły się w wyborczych obietnicach większości liczących się partii) wydaje się, że ujawniane co chwila odsłony afer z udziałem polityków prawicy – by wspomnieć tylko skandal hejterski, czy loty Kuchcińskie-go, powinny wywołać tąpnięcie w sondażach. Jest inaczej. PO jak oporny uczniak już czwarty rok odrabia lekcję klęski. I odrobić nie może.

BRAKI KADROWE I BIUROKRACJA

Spośród wszystkich nowych spraw kierowanych do sądów aż 40 proc. (średnio) stanowią postępowania karne. – Z punktu widzenia postępowania przygotowawczego spowolnienia w dynamice procesu karnego upatrywać należy raczej w organizacji pracy prokuratury, co zapoczątkowały zmiany z 2016 roku – twierdzi prok. Aleksandra Antoniak-Drożdż, ze stowarzyszenia prokuratorów „Lex Super Omnia”. W publikacji jej autorstwa zamieszczonej w serwisie lexso.org czytamy: „Brak stabilności kadrowej oraz eliminacja poprzez delegacje do prokuratur rejonowych prokuratorów z jednostek wyższego szczebla, posiadających wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu spraw trudnych i skomplikowanych, musiały w konsekwencji odbić się nie tylko na jakości prowadzonych postępowań ale również na ich sprawności i szybkości” – argumentuje Aleksandra Antoniak-Drożdż.