platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: 25 września 2019

Pancerny Marian nie zatopi PiS-u

Czy afera byłego ministra Mariana Banasia może mieć jakikolwiek wpływ na decyzje wyborców 13 października? Już w tak sformułowanym pytaniu – skądinąd zadawanym samym sobie przez komentatorów politycznych głównie strony opozycyjnej – kryje się mina (by trzymać się terminologii paramilitarnej – vide „pancerny Marian” ukutej przez wyjątkowo stronniczych i niezmiennie złośliwych dziennikarzy mediów wiadomo, w których rękach pozostających). Miną, która rozsadza od środka tak sformułowane pytanie, jest błędne założenie, że jakakolwiek afera z udziałem polityka partii rządzącej mogłaby mieć wpływ na decyzje wyborcze Polaków.

Dlaczego takie przekonanie jest błędne? Już tłumaczę (że ośmielę się użyć takiego określenia, choć sam sobie nie jestem w stanie wytłumaczyć mechanizmów, które coraz silniej rządzą ostatnio polityką). Otóż, wysokiego sondażowego poparcia dla PiS-u nie zmieniła dotąd żadna wcześniejsza afera. A przecież choćby w ostatnich tygodniach mieliśmy ich trochę, by wspomnieć, na przykład tłumaczenie premiera Morawieckiego z tzw. afery gruntowej, skompromitowanie sędziów KRS-u i SN uwikłaniem w układ hejterski z „ma-łą Emi”, czy rządowe biuro podróży „Kuchciński i s-ka”. W przypadku tych dwóch ostatnich wymienionych afer mieliśmy nawet do czynienia z dymisjami i rezygnacjami ze stanowisk. I co? I nic. A kto dziś pamięta tego przestrzelonego kapiszona (jak mówili politycy PiS-u) „Gazety Wyborczej”, którym była afera dwóch wież przy Srebrnej? Sondaże poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego wręcz wystrzeliły w górę.

A może już tacy jesteśmy, że utożsamiamy się z władzą, której może i pieniądze kleją się do rąk, ale co nieco jest skłonna z tych profitów dać „ludowi” (mam nieodparte wrażenie, że właśnie na zasadzie takiego polityczno-społecznego dealu wyborcy PiS-u odczytują transfery socjalne). Dlatego myślę, że w przeciwieństwie do „grupy trzymającej władzę”, która wysadziła rząd Leszka Millera, „telefon do Banasia” co najwyżej przejdzie do klasyki polskiego politycznego slangu.

Testowanie wyborcy

Jarosław Kaczyński niedawno zapowiedział „odbudowę Stoczni Gdańskiej”. Zaznaczał przy tym, że sam Gdańsk jest miejscem szczególnym na mapie i w historii Polski. Mówił o dziedzictwie roku 1980, o „strajkach i porozumieniach”, o tym, co zostało z wielkich ideałów „Solidarności”. A tym, co zostało, jest według prezesa Prawa i Sprawiedliwości, poszanowanie wolności.

Pewnie szef PiS-u miał na myśli również wolność wypowiedzi. To i mówił pięknie i długo. W tych zapowiedziach dotyczących „odbudowy i dalszego rozwoju Stoczni Gdańskiej” pobrzmiewa jednak sentymentalna nuta. Bo, o których latach świetności stoczni (od ubiegłego roku będącej znów pod narodowym zarządem po przejęciu przez spółki Skarbu Państwa) Jarosław Kaczyński mówił? Czy o latach 70. i 80., kiedy to w stoczni zatrudnionych było bodaj kilkanaście tysięcy pracowników, a zakład działał nie kierując się rachunkiem ekonomicznym? Produkowano wtedy przecież przede wszystkim dla naszego największego, wschodniego odbiorcy. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że odwiedzi wszystkie 41 okręgów wyborczych. Z tych złotych myśli wypowiedzianych podczas wizyt w każdym z nich, można by ułożyć piękny album marzeń.

Może wśród tych, których urzekną podobne świetlane plany, nie zabraknie dotychczasowych wyborców innych opcji politycznych. Już teraz pokazują to sondaże dające PiS-owi 45- a nawet 47 procentowe poparcie. Kampania wyborcza to wyjątkowy czas. Pewnie niektóre z pomysłów wbrew logice i ekonomii – jak, np. windowane przez wszystkie opcje obietnice socjalne – to tylko próby wybadania tolerancji i inteligencji wyborców. Co rusz przecież szefowie opozycji zapowiadają kolejne „plusy”, a „Rodzina+” stała się właściwie powszechnie obowiązującym programem wyborczym każdej szanującej się (czytaj: walczącej o mandat w Sejmie) opcji.

Aż dziw, że w tej szaleńczej licytacji na dodatki nie znalazła się jeszcze „trzynastka 500 +”. Ale to może jeszcze przed nami!