platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Archiwum: Listopad 2019

Czekolada wyszła mu bokiem. W markecie w Białych Błotach ukradł 45 tabliczek. Posiedzi 8 miesięcy

Wyrok zapadł dzisiaj w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy. Do kradzieży doszło pod koniec maja tego roku w markecie w Białych Błotach. Wartość czekolad, które mężczyzna wyniósł ze sklepu, została oszacowana na 539 zł.

Sędzia Katarzyna Skowron wydając wyrok 8 miesięcy pozbawienia wolności wobec Krystiana Z. uzasadniała to faktem, że mężczyzna dopuścił się przestępstwa przed upływem pięciu lat od innego wyroku (dwóch lat więzienia).

– Sprawstwo oskarżonego nie budzi wątpliwości. Sąd brał pod uwagę wcześniejszą karalność oskarżonego – mówiła sędzia Katarzyna Skowron. Podkreśliła, że w opinii sądu skazanie Krystiana Z. na karę pozbawienia wolności zadziała na niego wychowawczo.

Iwona ofiarą seryjnego zabójcy

Mieszkanie pochodzącej z okolicy Chełmna Iwony K. spłonęło doszczętnie w styczniu 2016 roku. To wtedy widziano kobietę po raz ostatni. Dziś już wiadomo, że padła ofiarą seryjnego zabójcy.

Iwona K. pochodziła z małej miejscowości pod Chełmnem. Pod koniec 2015 roku wyprowadziła się do Zachodniopomorskiego. Zamieszkała w Kołobrzegu, urządziła się tam razem ze swoją wtedy kilkuletnią córeczką.

Niedługo potem ślad po niej zaginął. Nie miał z nią kontaktu nawet jej ojciec: – Już wiem, że nie żyje… Cały czas myślę o tym, jak mogła zginąć. Nie śpię – z trudem mówi mężczyzna.

W Kołobrzegu poznała Mariusza G., wtedy 39-letniego przedsiębiorcę. Mieszkał w tym samym budynku, co Iwona, razem ze swoją matką. Prowadził firmę produkującą lizaki, w przeszłości pracował jako marynarz, miał kontrakty na platformach wiertniczych. Był wiceszefem kołobrzeskiego klubu Morsów.

6 listopada śledczy z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie postawił G. zarzut popełnienia zabójstwa 54-letniej Bogusławy R., której ciało znaleziono w lesie między miejscowościami Budzistowo i Obroty w okolicy Kołobrzegu. Kobieta została zamordowana 7 czerwca tego roku. Szukano jej przez kilka miesięcy.

To właśnie po wykryciu tej zbrodni prokurator wpadł na trop innych podejrzanych zaginięć kobiet, z którymi utrzymywał kontakty G. Kiedy odnaleziono ciało Bogusławy R. „mors” z Kołobrzegu miał „pęknąć” i opowiedzieć śledczym, m.in. o zabójstwie Iwony K. oraz o kolejnym mordzie, którego się dopuścił, a którego ofiarą padła w 2018 roku 37-letnia Aneta D. Wszystkie te zabójstwa – jak wynika z ustaleń prokuratury – miały motyw finansowy.

Afera senatora trzy dekady później

Sylwester Salwierz został oszukany. Rację przyznał mu sąd nakazując zwrócić pieniądze, które jeszcze u zarania III RP sprzeniewierzył Andrzej Rzeźniczak. Co z tego jednak, skoro wyrok nijak ma się do rzeczywistości?

Wiosną tego roku Sylwester Salwierz skierował do III wydziału karnego Sądu Okręgowego w Bydgoszczy pismo z pytaniem, czy sąd uznał go poszkodowanym działalnością Andrzeja Rzeźniczaka, nieżyjącego już biznesmena i senatora? Odpowiedzi wciąż nie otrzymał, a to dla niego – jak sam mówi – być albo nie być. Wyrokiem z początku lat 90. wydanym przez Sąd Rejonowy w Tucholi zasądzono na jego korzyść zwrot pieniędzy, które wpłacił prowadzonej przez Rzeźniczaka Prywatnej Agencji Lokacyjnej. Chodzi o ponad 360 milionów złotych. Starych, tych sprzed denominacji, ale z uwzględnieniem odsetek uznanych przez sąd.

Salwierz na początku lat 90. prowadził w Świeciu sklep z wędlinami. Kiedy poznał Andrzeja Rzeźniczaka, postanowił zainwestować w jego prywatną Agencję Lokacyjną.

Biznesmen z Tucholi wtedy już od kilku lat prowadził swoje interesy. Jeszcze w latach osiemdziesiątych miał gospodarstwo na tysiąc tuczników, założył w Charzykowych restaurację, prowadził kilka innych punktów gastronomicznych, w tym między innymi w Gdańsku. Rzeźniczak produkował słone paluszki i markizy. W 1989 roku, korzystając ze zmian, które wprowadziła tak zwana reforma Wilczka, założył w Tucholi Prywatną Agencję Lokacyjną. Przyjmował wpłaty obiecując zwrot na wysoki procent.

Dla ludzi przedsiębiorczych takich, jak Sylwester Salwierz podobne „inicjatywy gospodarcze” wydawały się atrakcyjne do inwestowania. Cóż, jako że sklep wędliniarski przynosił mu całkiem niezły zysk, Salwierz postanowił wpłacić Rzeźniczakowi co nieco. Wiadomo, stara zasada mówi, że jak się chce wyjąć, to trzeba włożyć. Inne prawidło stanowi „Mądry Polak po szkodzie”. To drugie okazało się prawdziwsze.

Zysk miał być pokaźny. I gwarantowany. Nic na gębę – były umowy, poręczenia, rachunki. Wszak Rzeźniczak wtedy był poważanym przedsiębiorcą. Rok później zostanie polskim Biznesmenem Roku. Znajdzie się na liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. W tym rankingu znajdzie się zresztą dwukrotnie. Łącznie Salwierz udzielił Rzeźniczakowi – wtedy jeszcze dopiero noszącemu się z myślą o kandydowaniu do Senatu – dwóch pożyczek.

Najpierw wpłacił na konto PAL prawie 336 mln zł, potem jeszcze 25 milionów. Był to – jak mówi przedsiębiorca – zysk z kilku lat swojej działalności. A o wartości tych kwot dają pojęcie dane dotyczące wysokości średnich wynagrodzeń Głównego Urzędu Statystycznego. W 1990 roku przeciętna pensja wynosiła nieco ponad 1 mln zł.

O Prywatnej Agencji Lokacyjnej zaczęło być głośno, jeszcze zanim wybuchał wielka afera dotycząca działalności parabanku, którym faktycznie była firma Rzeźniczaka. Wierzyciele, których było kilkuset, zaczęli dopominać się o swoje pieniądze już w 1991 roku. Salwierz uzyskał decyzję sądu w Tucholi, który przyznał jemu rację w walce o odzyskanie „zainwestowanych” pieniędzy. Dowodem na to są dwa postanowienia datowane na 5 kwietnia i 18 sierpnia 1993 roku. W obu sąd nakazuje Rzeźniczakowi zwrot pieniędzy. We wcześniejszym postanowieniu sąd uznał, że zwrot musi nastąpić z uwzględnieniem odsetek w wysokości aż 60 proc.

Pieniędzy nie ma do dziś. Sprawa jest w prokuraturze. Śledczy mają ocenić, kto z krewnych senatora przejął jego zobowiązania.