platforma blogowa portalu gazeta pomorska

BRAKI KADROWE I BIUROKRACJA

Spośród wszystkich nowych spraw kierowanych do sądów aż 40 proc. (średnio) stanowią postępowania karne. – Z punktu widzenia postępowania przygotowawczego spowolnienia w dynamice procesu karnego upatrywać należy raczej w organizacji pracy prokuratury, co zapoczątkowały zmiany z 2016 roku – twierdzi prok. Aleksandra Antoniak-Drożdż, ze stowarzyszenia prokuratorów „Lex Super Omnia”. W publikacji jej autorstwa zamieszczonej w serwisie lexso.org czytamy: „Brak stabilności kadrowej oraz eliminacja poprzez delegacje do prokuratur rejonowych prokuratorów z jednostek wyższego szczebla, posiadających wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu spraw trudnych i skomplikowanych, musiały w konsekwencji odbić się nie tylko na jakości prowadzonych postępowań ale również na ich sprawności i szybkości” – argumentuje Aleksandra Antoniak-Drożdż.

Procesy wloką się coraz dłużej. U nas średnia to już ponad pięć i pół miesiąca

Do sądów w okręgu bydgoskim wpłynęło w tym roku ponad 13 tysięcy spraw, a 11 procent wszystkich postępowań trwa dłużej niż rok. W Toruniu takich przewlekłych spraw jest prawie 8 procent, a we Włocławku – 9,5.

Sądy mają problem z opanowaniem coraz większego napływu spraw.

W Sądzie Okręgowym we Włocławku, na przykład w całym ubiegłym roku tak zwany współczynnik opanowania, czyli zmienna ukazująca, w jakim stopniu „załatwiane” są nowe kierowane do sądu sprawy, wynosił 103,79. Co to oznacza? W dużym uproszczeniu to, że nie dość, iż nadano bieg, załatwiono wszystkie sprawy, które w 2017 roku trafiły do sądu, to jeszcze zakończono inne, starsze postępowania.

Procesy dłuższe niż trzy lata

W całym kraju w zeszłym roku średnia długość postępowania sądowego wynosiła 4,7 miesiąca. Z danych resortu za pierwszych sześć miesięcy tego roku widać, że czas ten wydłużył się do 5,4 miesiąca.

To dane tylko z cząstkowych informacji zamieszczanych na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości. Ostatni raport porównujący efektywność pracy sądów w dłuższym okresie dotyczy lat 2007-2017. Wynika z niego, że wydłuża się czas postępowań. Jak bardzo? Jeśli chodzi o procesy w pierwszej instancji w skali kraju średnia wynosi już powyżej pięciu miesięcy. Przybywa też spraw, które trwają dłużej niż trzy lata, a średni czas postępowań komorniczych wynosi juz ponad 11 miesięcy.

Od stycznia do końca czer-wca 2017 roku natomiast współczynnik ten – jak wynika z najnowszej analizy pracy sądów, którą opublikowało właśnie Ministerstwo Sprawiedliwości – wyniósł blisko 94 procent.

Dla porównania „współczy-nnik opanowania” dla Sądu Okręgowego w Bydgoszczy w 2017 roku (dane dotyczą wszy-stkich 12 miesięcy) wynosił 100,99, a w pierwszym półroczu 2017 był nawet wyższy, bo osiągnął 104,7.

Najwięcej nowych spraw, które zostały skierowane do bydgoskiego sądu okręgowego, trafiło do wydziałów ubezpieczeń społecznych i pracy.

Echa lat 2016-2017?

O spadku efektywności możemy mówić z kolei w Sądzie Okręgowym w Toruniu.

Tam w 2017 roku nie załatwiono wszystkich spraw, które trafiły na wokandę, współczynnik wynosił 99,12. Ale dane za pierwszych sześć miesięcy tego roku pokazują dalszy spadek – do poziomu 93,1 proc.

Sędziowie zaznaczają, że te nawarstwiające się postępowania to w dalszym ciągu efekt zamrożenia etatów sędziowskich z lat 2016-2017. Pytany przez „Rzeczpospolitą” sędzia Bartłomiej Przymusiński ze stowarzyszenia sędziów „Iustitia” wskazywał, że wakatów, czyli nieobsadzonych stanowisk sędziów było w krytycznym momencie ponad pół tysiąca. – Stale rosnącą liczbę spraw sądzi dużo mniej sędziów. Nie służy też atmosfera wokół sądownictwa, zapowiadane ciągłe reformy, wymiana kadrowa.

Problem też w prokuraturze

Tylko w pierwszej połowie tego roku do wszystkich sądów w okręgu bydgoskim wpłynęło ponad 13 tys. nowych spraw. W sądach okręgu toruńskiego zarejestrowano nieco ponad 8 tysięcy nowych postępowań, które mają zostać rozpatrzone, a w okręgu włocławskim nowych spraw było 9,2 tysiąca.

Specjaliści upatrują przyczyn przeciągających się spraw nie tylko w zmianach w sądownictwie, ale i w prokuraturze.

„Nadmiernie rozbudowany, do rozmiarów groteskowych, obowiązek informacyjny odcią-ga śledczych od podstawowych obowiązków na rzecz przygotowywania szczegółowych informacji i analiz dla wszystkich jednostek wyższego szczebla” – twierdzi prok. Aleksandra An-toniak-Drożdż w analizie opublikowanej przez stowarzyszenie Lex Super Omnia.

ŚMIERĆ NADANA MESSENGEREM

Nieludzkie. Tak chyba trzeba nazwać zachowanie osoby, która krótko po koszmarnym wypadku w Miradzu wysyłała rodzinie fotografie ofiar. Nie wiadomo, kto jest autorem tych makabrycznych zdjęć. Wiadomo natomiast, że wykonała je osoba, która była na miejscu, stała blisko pracujących techników kryminalistyki. Zdjęcia, na których widać, między innymi, ciało leżące w aucie zniszczonym po uderzeniu w drzewo, a także na którym ktoś utrwalił zwłoki leżące na worku wprost na ziemi, wysłano do bliskich zabitych. Otrzymali je między innymi brat i ojciec jednej z ofiar. Otrzymali dalsi krewni. Wcześniej ktoś – nie wiadomo, czy ta sama osoba, bo śledczy dopiero zajmą się tą sprawą – włamał się na konto jednej z ofiar i z FB wysyłał prywatne zdjęcia. Fotografie mężczyzny, który zginął w Miradzu, opatrzono komentarzem wyrażającym – to eufemizm – zadowolenie, że skutek zderzenia był taki, a nie inny. Że się należało. Że to musiało się wydarzyć. Rodzina jest w szoku. Jeden z naszych informatorów, ten sam, który poinformował redakcję o rozpowszechnianiu w sieci drastycznych zdjęć – snuje przypuszczenia na temat motywów zwyrodnialca, który rozpoczął tę makabreskę. Kim mógł być? Z prokuratury płyną zapewnienia, że w chwili, kiedy złożone zostanie oficjalne zawiadomienie od osoby, która poczuła się dotknięta rozpowszechnianiem fotografii, wszczęte zostanie w tej sprawie śledztwo.

To nie pierwszy raz, kiedy internet staje się narzędziem okrutnej, bezdusznej zabawy. Choć może bardziej należałoby nazwać podobne czyny torturą, zajęciem kata. Kolejny raz zdaje się potwierdzać teza o tym, że dostępność sieci i nowoczesne możliwości komunikowania są tak dobre jak my, czyli korzystający z nich. Uczeni, w tym Marc Hauser, biolog ewolucyjny z Harvardu, twierdzą, że mamy w sobie nieuświadomioną „gramatykę moralną”. Tę samą, która pozwoliła naszemu gatunkowi przetrwać, i podobną do tej, która cechuje zwierzęta stadne. Nie ubliżając jednak naszym braciom mniejszym, publikowanie w sieci zdjęć zmasakrowanych ciał trzeba nazwać bestialstwem.

PROCES 20-LECIA I WĄTPIĄCA TEMIDA

Kiedy wczoraj w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy sędzia Anna Warakomska odczytała sentencję uniewinniającą Tomasza Gąsiorka, Henryka L. i Adama S. od sprawy zabójstwa sprzed dwudziestu lat, w sali z pięciu oskarżonych był tylko jeden, Adam S.

Wszyscy od lat zeznawali z wolnej stopy, bo sąd nie mógł w nieskończoność przedłużać im aresztów. Jeszcze tydzień wcześniej wisiała nad podsądnymi groźba aż 25 lat więzienia. Takiej surowej kary żądał prokurator Waldemar Winiarski.

Stara prawnicza maksyma mówi: Nie ma ciała, nie ma zabójstwa. Tu było i ciało i wszelkie znamiona morderstwa. W 1999 roku ktoś oddał dwa strzały z bliskiej odległości do Piotra Karpowicza, skromnego, nieco zamkniętego w sobie dyrektora PZU w Bydgoszczy. Lista grzechów i zaniedbań, jakie popełniła policja oraz śledczy nadzorujący dochodzenie w sprawie tej śmierci, jest jednak długa. O tym, jak kuriozalne błędy popełniono na początku, niech świadczy choćby fakt, że do dzisiaj nie ustalono właściwie broni, której użyto podczas zamachu. To znaczy, ustalono. Tyle, że później biegły z dziedziny balistyki stwierdził, iż łuska nie pasowała do wskazanego modelu pistoletu. Niezwykłe jest też kalendarium wyroków zapadających w tej sprawie. Bo ten, który ogłoszono wczoraj, nie jest przecież pierwszym. W 2009 roku oskarżeni zostali uniewinnieni, by później w 2014 roku sąd skazał ich na kary…, a jakże, 25 lat więzienia. Sprawa wróciła z apelacji. Gdański sąd wytknął bydgoskiemu zaniechania i błędy proceduralne. Polegały one między innymi na tym, że – zdaniem sędziów apelacyjnych – dowody z zeznań świadków incognito powinny być rozpatrywane łącznie, a nie każdy z osobna. Inna rzecz dotyczyła osoby (zmarłego w kwietniu tego roku) świadka koronnego, Dariusza S. „Szramki”, który najpierw pogrążył w oskarżeniu Tomasza Gąsiorka i pozostałych, a potem twierdził, że lubelski prokurator kazał mu kłamać do akt.

Po dwóch dekadach od mordu Temida – ślepa i bezstronna – wydaje się nieco zagubiona. Ale orzekła zgodnie z zasadą, że wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.

BOMBOWY SEZON NA MATURY

Określenie egzamin dojrzałości nabiera w tym roku dodatkowego znaczenia. Maturzyści nie tylko muszą wykazać, że przyswoili sobie wiedzę zgodnie z podstawą programową. I nie tylko muszą „wstrzelić” się przy tym w klucz przewidzianych odpowiedzi. Tegoroczne matury to dla nich także próba nerwów. Istna huśtawka emocjonalna, którą przeżywają Bogu ducha winni abiturienci, kiedy ich egzaminy z powodu alarmów bombowych od poniedziałku rozpoczynają się z opóźnieniem albo – co gorsza – kiedy muszą przerywać pisanie matury, by wpuścić na salę egzaminacyjną policjantów z psami tropiącymi i strażaków szukających ładunków wybuchowych – ten emocjonalny roller coaster sprawia, że przetrwają tylko ci o stalowych nerwach.

Policja w poniedziałek rano bardzo niechętnie odnosiła się do faktu, że „coś jest na rzeczy”. Dopiero, kiedy media zaczęły masowo informować o alarmach bombowych w szkołach, Komenda Główna Policji opublikowała komunikat o działaniach w związku z pogróżkami detonacji ładunków wybuchowych. Kiedy okazało się, że skala jest gigantyczna (alarmy bombowe w ponad 300 szkołach), do tropienia autorów „wybuchowych” maili zaprzęgnięto aparat państwa – policyjnych speców od IT, ABW, CBŚP, słowem całą artylerię i odwody ciężkich brygad w postaci ustawy inwigilacyjnej umożliwiającej policji pozyskiwanie danych od operatorów komórkowych oraz ustawy antyterrorystycznej.

Znamienne, że komunikat na stronie KGP pojawił się tuż po informacji o zatrzymaniu domniemanej autorki kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, której dorobiono tęczową aureolę. W tym przypadku służby okazały się niezwykle skuteczne.

Póki brak winnych wysyłania maili o bombach, jest pokusa, by tę pustkę czymś wypełnić. I tak małopolska kurator oświaty Barbara Nowak (ta sama, która przestrzegała przed pedofilskimi zaleceniami WHO) łączy – a jakże! – alarmy bombowe w szkołach ze strajkiem nauczycieli i nazywa je elementem „planu destabilizacji Państwa Polskiego”.

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY… JAK INTERNETY CHCĄ

Konia z rzędem temu, kto jeszcze tydzień temu zapytany z zaskoczenia potrafiłby powiedzieć, czym jest „Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”. Już sama nazwa nie zachęca do zgłębienia tematu, prawda? Ale może komuś obiło się o uszy sformułowanie „ACTA2”? To już bliżej – na myśl przychodzą manifestujący w Europie i USA ludzie z ruchu Anonymous w charakterystycznych biało-czarnych maskach. A „dyrektywa YouTube”? No to jesteśmy w domu. W końcu, kto nie zna tego portalu, na którym – według statystyk z 2017 roku – użytkownicy oglądają MILIARD godzin filmów dziennie?

Problem w tym, że żadna z tych nośnych nazw nie oddaje tego, czym jest dyrektywa, którą wczoraj przegłosowano w Parlamencie Europejskim. Bo nie jest to ani dokument o zasięgu globalnym (jak ACTA, czyli zainicjowane przez USA porozumienie o walce z naruszeniami własności intelektualnej), ani też nie uderza w „zwykłych” użytkowników, np. portalu You Tube.

Unijna dyrektywa ułatwia za to dochodzenie praw przez twórców, których teksty, muzyka, obrazy i filmy są linkowane, kopiowane i udostępniane w sieci. Jest to próba ukrócenia patologii przejawiającej się w sytuacji: autor pisze tekst (równie dobrze – nagrywa piosenkę, film), a zarabia na tym koncern zasysający treści z sieci i udostępniający go swoim klientom (tu można umieścić nazwę dowolnego giganta sieci). Rzecz jasna, twórca nie ma z tego złamanego grosza. Jeśli więc „dyrektywa” w kogoś uderza, to w potężne koncerny internetowe, a nie w zwykłych użytkowników.

To też jeden z przykładów absurdalności zinformatyzo-wanego świata, w którym łatwo o… dezinformację. Otóż przeciw unijnej dyrektywie protestowała „Wikipedia” (milionom internautów zastępująca wszelkie inne wydawnictwa). A przecież ta platforma – mająca status wydawnictwa encyklopedycznego, popularnonaukowego, edukacyjnego – jest wyłączona z przepisów nowego unijnego prawa.

„DZIEŃ ŚWIRA” 17 LAT PÓŹNIEJ

Wiem, że ryzykuję, ale mimo to postawię pewną tezę. A brzmi ona tak, że nie ma czegoś takiego, jak problem władzy PiS (czy też Zjednoczonej Prawicy) z nauczycielami. To znaczy, nie ma problemu wyłącznie tej władzy z nauczycielami. To grupa zawodowa, która od lat jest odsuwana na boczny tor, jeśli chodzi o realizację postulatów płacowych (okropne określenie, ale sięgam po nie, by być precyzyjnym. Ostatnią rzeczą, której bym chciał zabierając głos na ten temat, to bycie niezrozumianym).

W tym kontekście niewiele zmienia nawet wczorajsza wypowiedź minister Anny Zalewskiej skierowana do nauczycieli grożących strajkiem powszechnym i największym w wolnej Polsce (może nie tylko). Wypowiedź będąca tak apelem, jak też zawierająca ukryte oskarżenie. Chodzi o słowa , by nauczyciele „byli przy swoich uczniach, dzieciach, by (…) emocjonowali się tylko i wyłącznie tym, że trzeba jak najlepiej napisać egzamin”. Badźmy szczerzy, czy kogoś w ogóle zaskoczyły te słowa?

Tak, wiem – to żadne odkrycie. I nawet dowód na to jest oczywisty i… kinematograficzny. Jeżeli oczywiście uznać funkcję sztuki filmowej, jako zwierciadła społeczeństwa. A śmiało można chyba uznać, że kto jak kto, ale Marek Koterski to właśnie twórca, który poprzez swoje dzieła – posługując się parabolą i je-dyną w swoim rodzaju ironią, za pomocą precyzyjnie ustawionego krzywego zwierciadła – mówi nam coś o naszej rzeczywistości. Pamiętacie Adasia Miauczyńskiego (swoją drogą, genialną kreację aktorską Marka Kondrata)? No właśnie.

A gdyby sobie tak wyobrazić tego sfrustrowanego intelektualistę A.D. 2019 siadającego na swojej wysłużonej kanapie i pilotem przełączającego kanał w telewizorze właśnie na wypowiedź pani minister? Monolog, który Kondrat mógłby przeczytać z offu jako komentarz do takiej sceny, sam się pisze, prawda? Chciałoby się dodać: Niestety. A przecież od premiery „Dnia Świra” minęło 17 lat… Najgorsze jednak, że tak naprawdę nie ma w tym nic śmiesznego. Nic, a nic.

JĘZYK KRWI I OBRAZKÓW

Nie chcę wyjść na fatalistę i technofoba (tak, jest taki termin i oznacza osobę czującą strach, niechęć w stosunku do nowoczesności), ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest jakaś zależność między wzrostem przemocy i agresji w tak zwanym dyskursie społecznym i dostępem do internetu. Badacze sieci, znawcy social mediów pewnie już to jakoś opisali i wswoich opracowaniach opatrzyli stosowną naukową terminologią.

Tak, czy inaczej Facebook wczoraj poinformował, że po masakrze w meczetach w Nowej Zelandii usunięto półtora miliona kopii filmu, który w sieci zamieścił zamachowiec. Nagranie udostępniali sobie wzajemnie użytkownicy Facebooka. 300 tysięcy filmów przeszło przez sito algorytmów strzegących treści zamieszczanych na portalu firmy z Doliny Krzemowej.

O czym to świadczy? O niczym innym poza tym, że w ten sposób „userzy” niejako wykonali testament zbrodniarza z Nowej Zelandii. Zbrodniarza, który po zatrzymaniu nie ukrywał swojego podziwu dla innego masowego mordercy – Andersa Breivika. Tak oto w erze powszechnego dostępu do globalnej sieci przejawia się dominanta współczesnej kultury, którą jest język obrazu, memów. W tym przypadku język będący nośnikiem (i tworzywem) memów, ocieka też krwią. Czy tacy właśnie jesteśmy? Żądni krwi? Nie potrafiący uszanować pamięci ofiar bestialskiego ataku? Stajemy się skrajnie eksibicjonistyczni i tego samego żądamy od naszych „znajomych” z portali społeczenościowych?

Coś innego jeszcze przychodzi na myśl. A to, mianowicie, że wszystko to, co zostało już powiedziane, nie tylko prawdopodobnie jest prawdą, ale pewnie i tak uświadomienie sobie tego mało kogo obchodzi. Dowód? Wczoraj, trzy dni po zamachu w Christchurch 37-letni Gokman Tanis strzelał do pasażerów tramwaju w Utrechcie. A kliknięcia wpisów na Twitterze i innych portalach donoszące szczegółowo (ze zdjęciami oczywiście), którymi ulicami przemieszczają się antyterroryści w czasie obławy na zamachowca, szły w miliony.

SZEŚĆ TYSIĘCY ZŁAMANYCH ŻYĆ

Statystyka to narzędzie bardzo pomocne. Choć są i tacy, którzy ostrzegają przed zbytnim zawierzeniem tej gałęzi nauki. By wspomnieć choćby słynny żart Billa Gatesa. Miał on kiedyś powiedzieć, że kiedy wchodzi do baru, w którym siedzi pięciu piwoszy i barman, to statystycznie każdy z nich staje się milionerem.

Są jednak takie statystyki, przy których analizowaniu nie ma miejsca na żarty. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że za liczbami przywoływanymi, na przykład przez policję, kryją się prawdziwi ludzie, rzeczywisty ból i przekreślone życia.

Oto – według najnowszych zestawień Komendy Głównej Policji – w ubiegłym roku postawiono zarzuty w niemal 6 tysiącach spraw o wykorzystywanie seksualne małoletnich. To ponad 1,5 tysiąca takich spraw więcej niż w 2017 roku. Co kryje się za określeniem małoletni? Taką osobą równie dobrze może być nastolatek, który za kilka tygodni ukończy 15. rok życia, ale może to być również dziecko w wieku pięciu, siedmiu, dziesięciu lat. Trudno sobie wręcz uświadomić ogrom tragedii, które się wydarzyły w ubiegłym roku (nie wszystkie te przestępstwa, rzecz jasna, zostały popełnione w 2018, ale wtedy po prostu je ujawniono).

Jak destrukcyjny wpływ na życie młodego człowieka mogą mieć doświadczenia związane z faktem bycia wykorzystywanym seksualnie? W ostatnich tygodniach przedstawialiśmy na łamach „Pomorskiej” historię byłego już o. Seweryna, czyli Krzysztofa P. W Sądzie w Bydgoszczy trwa proces, w którym jego ofiara – dziś 28-letni mężczyzna – domaga się odszkodowania od duchownego pedofila. Kiedy P. zaczął molestować seksualnie ministranta, ten miał zaledwie 11 lat. Lektura akt sądowych w tej sprawie przyprawia o dreszcze. To historia złamanego życia, poczucia odrzucenia nawet przez najbliższych. To też historia trwałych schorzeń, nerwic i fobii społecznych, które mogą mieć związek z potwornym doświadczeniem z okresu dzieciństwa.

MINISTER PRAWIE JAK KOPCIUSZEK

Stało się. Jak z bicza trzasnął, minęło sześć zaczarowanych miesięcy, w trakcie których Zbigniew Ziobro mógł zmieniać prezesów niczym rękawiczki (by nie powiedzieć, jak skarpetki). Niczym dla Kopciuszka północ, nadszedł dla ministra poniedziałek 12 lutego. Wczoraj zamknęło się magiczne okienko, dzięki któremu ministrowi (i prokuratorowi generalnemu w jednej osobie) wolno było odwoływać prezesów sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych faksem, powoływać ich następców mejlem i za nic mieć sędziowskie gremia unoszące się świętym oburzeniem. Wszak, prawo to prawo. Dura lex, sed lex. Chodzi rzecz jasna o nowelę ustawy o ustroju sądów powszechnych, która obowiązuje od 12 sierpnia. Do tej ustawy w lipcu ubiegłego roku prezydent (i doktor prawa) Andrzej Duda nie miał żadnych zastrzeżeń, ponieważ jej nie zawetował. Wspomniane magiczne okno, to był czas, w którym obowiązywały przepisy przejściowe tejże ustawy. W skrócie – dawały ministrowi możliwość wymiany wszystkich szefów sądów bez zasięgania opinii zgromadzeń sędziowskich. Zbigniew Ziobro wymienił około 120 prezesów i wiceprezesów w kraju. „To czystka!”, krzyknie niejeden malkontent i hamulcowy na drodze walca dobrej zmiany. A tu w sukurs ministrowi przychodzi sekretarz stanu w resorcie sprawiedliwości Łukasz Piebiak, który zauważa, że przecież wszystkich prezesów w sądach jest bodaj 800. Gdzie tu zatem mówić o czystce?! Ale diabeł, jak zawsze zresztą, tkwi w szczegółach. Ano, w tym, że nigdy wcześniej żaden minister tak masowo nie wymieniał szefów sądów. Przypadek? Bynajmniej. Wiadomo przecież czyich interesów strzegło tych 120 prezesów. Czyich? Nadzwyczajnej kasty sędziów, nie inaczej. Uznać zatem można już z całą pewnością, że dzisiaj, 13 lutego, nastał pierwszy dzień prawdziwie niezależnego sądownictwa. Od dzisiaj prawdziwie niezależni prezesi kierować będą wolnymi i niezawisłymi sądami. A wyroki zapadać będą wyłącznie sprawiedliwe. Amen. Jutro w „Pomorskiej” raport o zmianach w kujawsko-pomorskich sądach.