platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Pruszków kontra Wołomin w… Bydgoszczy

Choć czasy „wybuchowej” Bydgoszczy minęły jakieś czternaście lat temu, to echa tamtych gangsterskich porachunków jeszcze nie wybrzmiały. Dźwięczą w sądowych murach. Przynajmniej trzy sprawy z tamtego okresu nie zostały jeszcze wyjaśnione. Mało tego, dopiero teraz na światło wychodzą fakty, które jednoznacznie pokazują, jak środowisko kryminalistów z naszego kujawsko-pomorskiego podwórka było związane z interesami… pruszkowskiej mafii.

Samo określenie wybuchowa można odnieść do głośnego (nie tylko w przenośni) zamachu na Waldemara W., bydgoskiego gangstera o pseudonimie „Książę”. Feralnej nocy 1999 roku, gdy wsiadł do swojego mercedesa zaparkowanego przy ulicy Dworcowej i przekręcił kluczyk w stacyjce, nastąpiła eksplozja. Wybuch oderwał W. obie nogi.  O ten zamach obwiniano innego bydgoskiego bossa, Henryka L. „Lewatywę”. Z tym, że w hierarchii półświatka „Lewatywa” znajdował się niżej od „Księcia”. Świadkowie, którzy do dzisiaj zeznają w procesie (w którym L. jest głównym oskarżonym) o zamach w 1999 roku na Piotra Karpowicza, szefa Oddziału Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód PZU, mówią o „Lewatywie” najczęściej jako o „pretendencie” do przejęcia władzy w mieście po „Księciu”. On sam zresztą też nie miał spokojnego życia. Kilkakrotnie rywale próbowali się go pozbyć. Raz nawet strzelając do niego w dzień jego ślubu…

Ale nie o tym mowa. Tylko o… Pruszkowie. Otóż po raz kolejny okazało się, że chłopcy od „Pershinga” (Adama K., nieżyjącego już bossa mafii) z Bydgoszczą wspólnego mieli niemało. A przynajmniej wiadomo, że nad Brdę regularnie przyjeżdżali w interesach. Proces w sprawie śmierci Karpowicza wciąż trwa, mimo że od zamachu na ubezpieczyciela minęło z górką 15 lat. Na ostatniej rozprawie w bydgoskim Sądzie Okręgowym zeznawał Adam Z. Ten świadek, którego sędzia przesłuchiwał ze pośrednictwem telełącza, odpowiadał na pytania z sali aresztu śledczego w Krakowie (gdzie zresztą do dzisiaj odbywa karę za swoje dawne grzeszki). Wyznał, że był w przeszłości związany ze służbami specjalnymi (jakimi? tego nie zdradził), ale to nie przeszkodziło mu też dorabiać jako… windykator „Pruszkowa”. I z ramienia tej właśnie organizacji odwiedzał Henryka L. (prowadzącego w latach 90. w Bydgoszczy firmę pośredniczącą w handlu autami), od którego obierał „opłaty za ochronę”. Ciekawe, swoją drogą, czy równolegle „Książę” opłacał się rywalom pruszkowskich chłopców, tj. mafii wołomińskiej. To pozostanie już pewnie tajemnicą

Pewne jest za to, że co najmniej raz „Pruszków” złożył wizytę (również chodziło o zdjęcie haraczu) pewnemu bydgoskiemu restauratorowi. Ten twierdzi, że skończyło się tylko na małym „remoncie” pubu: gentelmeni spod stolicy weszli do lokalu i zrobili użytek w kijów bejsbolowych. Restaurator do dzisiaj zarzeka się, że odwiedziny miały miejsce tylko raz i mimo jego zdecydowanego sprzeciwu wobec „propozycji” płacenia za ochronę klubu (zawoalowane określenie haraczu), nigdy więcej już nikt go nie nachodził.

Prawnukowie Ala Capone porzucają ortalion

Jest taki film Jacka Skalskiego z 1994 roku, „Miasto prywatne”. Jeden z wielu powstałych na fali obrazów Pasikowskiego z „Psami” na czele. W początkowej scenie, która rozgrywa się w miasteczku pod Warszawą, grupa młodych bandytów pod wodzą „Pawika” granego przez Lindę wznieca pożar. Członkowie gangu w większości odziani w ortalionowe dresy do kompletu z dżinsowymi kamizelkami i obwieszeni łańcuchami, są pijani. Patrzą jak oczarowani na płonące podmiejskie budy. W następnej scenie przy ognisku i zataczając się od litrów wypitej gorzały śpiewają na nutę „Domu wschodzącego słońca”: „W więziennym szpitalu, na zgniłym posłaniu nieznany młodzieniec umiera!”

Film opowiada historię gangu, który z młodzieżowej bandy chuliganów przeistacza się w grupę bezwzględnych morderców o cechach regularnej mafii. Przestępcy jednak do końca – no może poza samym Lindą, filmowym „Pawikiem” nie wychodzą z roli prowincjonalnych oprychów, których codziennym mundurem i znakiem rozpoznawczym jest nieśmiertelny dres.

Dziewiętnaście lat później – nawet, jeżeli z przymróżeniem oka traktować filmowy obraz przestępczego światka – rodzimi gangsterzy są lata świetlne dalej. W dobrym tonie jest nie tylko nosić się inaczej. W dobrym tonie jest też umiejętnie grać na nosie – a jakże – kontroli skarbowej! Bo o ile prokuratorskie akta coraz rzadziej zapełniają nazwiska rzezimieszków i złodziei „ciułających” grosze z ordynarnych, brutalnych kradzieży i napadów, to coraz częściej śledczy rozpracowują grupy specjalizujące się w praniu brudnych pieniędzy. Oczywiście w latach dziewięćdziesiątych też prano na potęgę. Pranie odbywa się teraz jednak częściej i coraz częściej również przybiera niesamowicie zakamuflowane, wręcz wyrafinowane formy.

Prano zawsze, a prekursorem był nie kto inny, tylko chicagowski boss Alphonse Gabriel Capone. Fortuny dorobił się na całym spektrum przestępstw, jak na rasowego gangstera przystało. A w latach 30., w epoce prohibicji, jak wiadomo,  budował swoją pozycję głównie na pokątnym handlu alkoholem. Inspektorzy skarbówki jednak nie chcieli dać spokoju obywatelowi Capone. I bezczelnie czepiali się jego dochodów. Rzecz jasna w tym czasie już Al zdążył w Chicago rozkręcić niezły biznes, który miał nadzieję, nada pozory pewnej legalności jego przedsięwzięciom. Oto jego sieć pralni chemicznych dzień i noc prała nie tylko kalesony, tweedowe marynarki i suknie wieczorowe. Codziennie do utargów dopisywano niewielkie, prawnie niezauważalne sumki. Dlatego, gdy Capone rozliczał się z fiskusem, rzadko kiedy inspektorzy skarbowi mogli znaleźć na niego haka. Tak narodziło się „pranie pieniędzy”.

Kto dzisiaj pierze? Śledczy pytani o sytuację w naszym regionie, mówią: W całej Polsce piorą wszyscy. Problem w tym, by z fali drobnych oszustów wyłuskać, wytropić i oskarżyć, a w efekcie też skazać tych, którzy piorą miliony. Bo za milionowymi transakcjami idą głównie takie niecne postępki, jak: handel narkotykami, czerpanie zysków z domów publicznych oraz morze prymitywnych wyłudzeń, kradzieży, napadów, oszustw. W tych ostatnich również prokuratura wymienia… strategiczne branże przemysłu: budowlaną i obrót paliwami.

W ubiegłym roku w całej Polsce wyprano około 10 mld zł. Wyroki sądowe zapadły w około 170 sprawach, w których zabezpieczono około… 500 mln zł. To znaczy, że tyle pieniędzy jest do odzyskania przez skarb państwa. Z jakiego tytułu? I tu dochodzimy do sedna problemu: chodzi mianowicie o wyłudzenia podatku VAT. I w tej materii miejsce w przestępczej historii Polski zapewnili sobie oszuści z Bydgoszczy.

To właśnie nasi, lokalni „przedsiębiorcy” byli autorami jednego z największych przekrętów lat dziewięćdziesiątych. Otóż pewna grupa (nazwy firmy pozwolę sobie nie wymienić) w połowie lat 90. zorganizowała pierwszy w historii naszego kraju „skok na VAT”. W dokumentach musiał wszystko się zgadzać. I tak oto sprowadzono do Polski z USA maszynę przemysłową (pierwszą wówczas w kraju) za okrąglutki milion dolarów. Sfingowano następnie transakcję z Litewską firmą, która była zainteresowana kupnem tejże. Litwini oczywiście kupili machinę dziwnym trafem nie targując się z polskim sprzedawcą. Sprzęt został wywieziony do Wilna. Jak wiadomo, za wywóz z kraju przysługiwał zwrot całych 20 procent od okrągłego miliona zielonych. Bydgoski urząd skarbowy oczywiście wypłacił z tego tytułu przedsiębiorcom znad Brdy 200 tys. dolarów. Sprawa odbiła się wielkim skandalem dopiero kilka lat później, kiedy okazało się, że skarbówkę ktoś zrobił w balona.

Jak? Wyobraźmy sobie, że transakcję przygotowała firma-krzak, a rzeczona droga maszyna istniała tylko na papierze. Co się z tym wiąże, również litewski odbiorca nie istniał. Cała historia, która w papierach wyglądała całkiem wiarygodnie, okazała się wielką mistyfikacją. Dokumenty sfingowano w zaciszu gabinetu pewnego, kreatywnego i dobrze opłaconego księgowego.

A to tylko jedna z wielu podobnych historii. O nich wkrótce.