platforma blogowa portalu gazeta pomorska

W przypadku (nad)zwyczajnym

W małej miejscowości pod Toruniem miała miejsce tragedia. Ma drodze zginął 11-letni chłopiec. Kacperek – jak mówią jego krewni – był zawsze bardzo ostrożny. Gdy jechał z kimś samochodem, podobno mówił: – Mamo, spójrz w lewo, spójrz w prawo. Tym razem sam został potrącony. Rozpędzony opel zmiótł go z drogi rower, którym chwilę wcześniej wyjechał z podwórka. Chłopiec poniósł śmierć na miejscu.

Kierowca to 22-letni mieszkaniec pobliskiego Steklina. W momencie zatrzymania przez policję miał w organizmie 0,42 promila alkoholu. Nie był pijany. Nie według terminologii prawniczej. Był w stanie „po spożyciu alkoholu”. Prokurator prowadząca postępowanie w tej sprawie twierdzi, że nie miała podstaw, by wnioskować o tymczasowe aresztowanie kierowcy. „Nie mam jednoznacznych dowodów na winę tego człowieka” – mówiła.

Po tej decyzji pani prokurator oburzyli się krewni zmarłego chłopca. Oburzyli się sąsiedzi i ci, którzy bliżej znali Kacperka. Oburzenie było tym większe, że zatrzymany w tej sprawie kierowca był już wcześniej karany za jazdę po pijanemu. W ubiegłym roku odebrano mu prawo jazdy. Wtedy jechał mając 1,2 promila alkoholu we krwi. Sąd zabronił mu „prowadzenia wszelkich pojazdów” do października tego roku. Wypadek w Steklinku, w którym zginął 11-latek, miał miejsce w połowie lipca.

Prawnicy tłumaczą, że na mocy  nowych przepisów w kodeksie postępowania karnego prokuratorzy i sędziowie (do których trafiają prokuratorskie wnioski o areszt) mają ograniczone pole działania. Areszt można zastosować tylko w „wyjątkowych sytuacjach”, kiedy wiadomo, że zatrzymany może zakłócić tok postępowania/śledztwa. Mało tego – nie wystarczy już, że prokurator we wniosku użyje właśnie takiej argumentacji. On musi konkretnie wykazać, w jaki sposób takie „utrudnianie przebiegu śledztwa” miałoby wyglądać. Dopiero tak sformułowany wniosek ma szansę skutkować przychylną decyzja sędziego.

Kilka dni temu głośno było o zatrzymaniu jednej z osób zajmującej się handlem i dystrybucją dopalacza „Mocarz”. Sąd w pierwszej instancji nie zgodził się na zastosowanie aresztu wobec podejrzanego o rozprowadzenie narkotyku, który wysłał na szpitalne łóżka ponad pół tysiąca mieszkańców Śląska i Wielkopolski. Stało się tak właśnie na mocy przepisów, które weszły w życie od początku lipca. Dopiero odwołanie prokuratury skutkowało tym, że mieszkaniec Katowic został tymczasowo aresztowany.

Okazało się, że to jednak była wyjątkowa sytuacja. Wyjątkowa również dlatego, że o dopalaczach prawie od miesiąca głośno we wszystkich mediach? Jeżeli tak jest w istocie, to myślę że nie jest bezpodstawną teza, iż kolejny raz przyjęto w Polsce przepisy, które da się koniunkuralnie naginać i dopasowywać „do kształtu” społecznych oczekiwań. Bo jeżeli to była wyjątkowa sytuacja, to czyż nie jest nią ta, w której aresztu nie stosuje się wobec drogowego recydywisty po raz kolejny wsiadającego za kierownicę po kielichu?

Ucho na końcu kabla

Wyznawcy teorii światowego spisku, już nie jednego Wielkiego Brata, ale koalicji kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu orwellowskich wielkich uszu i oczu dostali nową pożywkę. Szpitale psychiatryczne niedługo będą zapełniać pacjenci  przekonani, że stali się ofiarami wielkiego spisku sieci pluskw. Zresztą czas przyszły jest tu już chyba nie na miejscu. Kozetki psychoterapeutów już zapełniają biedacy, którzy mieli nieszczęście wyjrzeć poza „matrix” codziennej rutyny i zdali sobie sprawę, że ich rozmowy telefoniczne, czy internetowe czatowania mają więcej niż tylko jednego odbiorcę. Przesada? Może. A może to tylko efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego, którzy orzekł, że służby specjalne w Polsce dawno już złamały wszelkie standardy podsłuchiwania obywateli. A dokładniej stwierdził, że przepisy regulujące dostęp służb między innymi do billingów rozmów telefonicznych obywateli są nieprecyzyjne i częściowo niezgodne z Konstytucją.

Państwo jest jednak pazerne. A raczej pazerni na prawo do kontrolowania są politycy. Upolitycznienie dostępu do podsłuchów to zresztą nie znak czasów; miało miejsce już dawno. A jednym z ostatnich zakusów na kontrolowanie tego, z kim, o czym i kiedy rozmawiamy, był pomysł szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Pomysł zrodził się w ubiegłym roku, a sprowadzał się do zaproponowania wprowadzenia w Polsce obowiązku rejestrowania kart pre-paid do rozmów telefonicznych. Przy kupnie starterów poszczególnych operatorów komórkowych klient musiałby podać sprzedawcy w sklepie swoje imię, nazwisko, adres i PESEL.

– Z naszych doświadczeń, a także z doświadczeń Szefa CBA Pawła Wojtunika, który wcześniej był dyrektorem Centralnego Biura Śledczego wynika, że większość przestępców właśnie takich telefonów używa – wyjaśniała Małgorzata Matuszak, z zespołu prasowego CBA. Według szacunków, aż 99 proc. sprawców przestępstw kontaktuje się przy użyciu komórek na kartę. W ten sposób biuro antykorupcyjne uzasadniało konieczność wprowadzenia zmian w prawie. Mało tego, urzędnicy powołują się na taką praktykę w innych państwach. – Polska to jeden z nielicznych krajów, w którym anonimowo można kupić kartę pre-paid. Obowiązek rejestracji kart był wprowadzony między innymi w Niemczech czy Szwajcarii.

Skala zjawiska zaniepokoiła Rzecznika Praw Obywatelskich. Irena Lipowicz zwróciła się w tej sprawie do Trybunału Konstytucyjnego. Stwierdziła, że „Prawo do ochrony życia prywatnego, którego elementem jest wolność i ochrona komunikowania się, można ograniczyć tylko i wyłącznie nową ustawą. Znamienne, że propozycji CBA Sejm nie przyjął. A ostatnio zapędy funkcjonariuszy służb ostudził TK. Pytanie tylko, na jak długo?

Nasza „Królewna Śnieżka” podbija Europę

Nie ma się jednak z czego cieszyć. Bo nie o bohaterkę baśni braci Grimm chodzi, a o speed, biel, czy też  inhibitor zwrotnego wychwytu dopaminy znany szerzej jako… amfetamina. Jako, że nie ma dnia, by do redakcji nie przyszedł policyjny komunikat o złapaniu dilera handlującego amfą i szczującego dzieciaki na ulicach kujawsko-pomorskich miast, naturalną koleją rzeczy było sprawdzić, skąd w ogóle proszek ów trafia na lokalny rynek.

Zadanie okazało się trudne, ale… bez przesady. Ten i ów gawędziarz poproszony o komentarz w w/w sprawie, twierdził, że większość amfetaminy, która wpada w ręce kujawsko-pomorskich kryminalnych, to nic innego, jak produkt lokalny. „Dobro regionalne” – padło nokautujące stwierdzenie. Te rewelacje potwierdzają również śledczy prokuratury. Jeden z nich zapytany, ile prawdy może być w tym bajaniu, potwierdził, że „feta” nasza jest. Mało tego, jak się okazało lokalni producenci, działający w garażach i piwnicach zabunkrowanych miast i miasteczek regionu na tyle opanowali rzemiosło mieszania „szuwaxu”, że dysponują prawdziwymi fabrykami amfetaminy. Często są to dziuple z pełną linią produkcyjną, wszelkimi odczynnikami i urządzeniami potrzebnymi do wyprodukowania wręcz hurtowych ilości „podwójnego haselhoffa bez wiedzy dejwida” (co do tych barwnych określeń amfetaminy, przyznaję się, że wyszperałem je w „Słowniku synonimów on-line”. I autorom tegoż składam należny im hołd).

Fabryki – raz po raz likwidowane przez policję – wyrastają, jak grzyby po deszczu i wręcz nie nadążają z produkcją. A o tym, że rynek zbytu (i to duży) u nas istnieje, świadczy choćby historia jednego z monopolistów w dilerskim rzemiośle. Otóż trzydziestokilkuletni osobnik o pseudonimie „Radziu” w samym tylko bydgoskim Fordonie (dzielnica licząca ponad 70 tys. mieszkańców) w ciągu kilku lat zdołał rozprowadzić co najmniej kilkadziesiąt kilogramów „fuki” (op. cit.). Rzecz jasna dokonał tego, zanim został zatzymany przez policję, prowadzącą szeroko zakrojone śledztwo w sprawie gangu „Kadafiego”, ale to już zupełnie inna historia.

Wspomniany już śledczy potwierdził również, że polska amfetamina znajduje rynki zbytu i ma stałych odbiorców na zachodzie Europy. Nasze „wyroby” z powodzeniem sprzedają się tak samo dobrze w Holandii (słynącej z liberalnego podejścia do miękkich narkotyków w rodzaju marihuany), Niemiec, ale też do Skandynawii. Brak danych, czy w Norwegii polska amfetamina wypiera już jakże tam popularny tytoń do żucia. Grunt, że się sprzedaje. Renesans rodzimego eksportu „speedu” do krajów Wspólnoty Europejskiej zaczął się wraz z otwarciem w 2004 roku wewnętrznych unijnych granic między Polską a resztą UE.

Co ciekawe od początku lat dziewięćdziesiątych systematycznie spada w naszym kraju zapotrzebowanie na „królową” heroinę. A raczej zapotrzebowanie spadło do minimum i – jak podkreślają prokuratorzy – utrzymuje się na stałym poziomie. Kto jeszcze bierze heroinę? Jeden ze śledczych twierdzi: „Niewielu”. Zaraz potem jednak dodaje, że heroina jako twardy i – jak na polskie warunki – bardzo drogi towar stała się narkotykiem ekskluzywnym. Do Polski trafia prawie wyłącznie jednym szlakiem przerzutowym – przed port w Gdańsku. Z Trójmiasta wiedzie również kanał, a właściwie to cały rurociąg czystej kolumbijskiej kokainy. Ledwie kilka miesięcy temu nasi pogranicznicy przechwycili transport dziesięciu kilogramów prochu. Skoro zarówno kokaina, jak i heroina trafiają do nas przez Gdańsk, to dlaczego za każdym razem nie udaje się w porę wychwycić tych transportów?

– To niezwykle zakamuflowany interes. Biznes oparty na dyskrecji podszytej strachem – wyjaśnia jeden ze śledczych. – Osoby, które są uwikłane w pozyskanie narkotyku, organizowanie całej logistycznej operacji przerzutu do Polski, a następnie dystrybucji do klientów, zdają sobie sprawę, że gdy policja przerwie choć jedno ogniwo tego misternego łańcucha, ktoś może za to zapłacić wysoką stawkę.

Na szali narkobiznesu ważą się nie tylko ogromne pieniądze. Za podjęcie współpracy z policją nieraz grozi po prostu śmierć. To żadne odkrycie. Warto się więc zastanowić, czy polski produkt eksportowy – amfetamina – to powód do dumy, czy wstydu.