platforma blogowa portalu gazeta pomorska

Ucho na końcu kabla

Wyznawcy teorii światowego spisku, już nie jednego Wielkiego Brata, ale koalicji kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu orwellowskich wielkich uszu i oczu dostali nową pożywkę. Szpitale psychiatryczne niedługo będą zapełniać pacjenci  przekonani, że stali się ofiarami wielkiego spisku sieci pluskw. Zresztą czas przyszły jest tu już chyba nie na miejscu. Kozetki psychoterapeutów już zapełniają biedacy, którzy mieli nieszczęście wyjrzeć poza „matrix” codziennej rutyny i zdali sobie sprawę, że ich rozmowy telefoniczne, czy internetowe czatowania mają więcej niż tylko jednego odbiorcę. Przesada? Może. A może to tylko efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego, którzy orzekł, że służby specjalne w Polsce dawno już złamały wszelkie standardy podsłuchiwania obywateli. A dokładniej stwierdził, że przepisy regulujące dostęp służb między innymi do billingów rozmów telefonicznych obywateli są nieprecyzyjne i częściowo niezgodne z Konstytucją.

Państwo jest jednak pazerne. A raczej pazerni na prawo do kontrolowania są politycy. Upolitycznienie dostępu do podsłuchów to zresztą nie znak czasów; miało miejsce już dawno. A jednym z ostatnich zakusów na kontrolowanie tego, z kim, o czym i kiedy rozmawiamy, był pomysł szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Pomysł zrodził się w ubiegłym roku, a sprowadzał się do zaproponowania wprowadzenia w Polsce obowiązku rejestrowania kart pre-paid do rozmów telefonicznych. Przy kupnie starterów poszczególnych operatorów komórkowych klient musiałby podać sprzedawcy w sklepie swoje imię, nazwisko, adres i PESEL.

– Z naszych doświadczeń, a także z doświadczeń Szefa CBA Pawła Wojtunika, który wcześniej był dyrektorem Centralnego Biura Śledczego wynika, że większość przestępców właśnie takich telefonów używa – wyjaśniała Małgorzata Matuszak, z zespołu prasowego CBA. Według szacunków, aż 99 proc. sprawców przestępstw kontaktuje się przy użyciu komórek na kartę. W ten sposób biuro antykorupcyjne uzasadniało konieczność wprowadzenia zmian w prawie. Mało tego, urzędnicy powołują się na taką praktykę w innych państwach. – Polska to jeden z nielicznych krajów, w którym anonimowo można kupić kartę pre-paid. Obowiązek rejestracji kart był wprowadzony między innymi w Niemczech czy Szwajcarii.

Skala zjawiska zaniepokoiła Rzecznika Praw Obywatelskich. Irena Lipowicz zwróciła się w tej sprawie do Trybunału Konstytucyjnego. Stwierdziła, że „Prawo do ochrony życia prywatnego, którego elementem jest wolność i ochrona komunikowania się, można ograniczyć tylko i wyłącznie nową ustawą. Znamienne, że propozycji CBA Sejm nie przyjął. A ostatnio zapędy funkcjonariuszy służb ostudził TK. Pytanie tylko, na jak długo?

Pruszków kontra Wołomin w… Bydgoszczy

Choć czasy „wybuchowej” Bydgoszczy minęły jakieś czternaście lat temu, to echa tamtych gangsterskich porachunków jeszcze nie wybrzmiały. Dźwięczą w sądowych murach. Przynajmniej trzy sprawy z tamtego okresu nie zostały jeszcze wyjaśnione. Mało tego, dopiero teraz na światło wychodzą fakty, które jednoznacznie pokazują, jak środowisko kryminalistów z naszego kujawsko-pomorskiego podwórka było związane z interesami… pruszkowskiej mafii.

Samo określenie wybuchowa można odnieść do głośnego (nie tylko w przenośni) zamachu na Waldemara W., bydgoskiego gangstera o pseudonimie „Książę”. Feralnej nocy 1999 roku, gdy wsiadł do swojego mercedesa zaparkowanego przy ulicy Dworcowej i przekręcił kluczyk w stacyjce, nastąpiła eksplozja. Wybuch oderwał W. obie nogi.  O ten zamach obwiniano innego bydgoskiego bossa, Henryka L. „Lewatywę”. Z tym, że w hierarchii półświatka „Lewatywa” znajdował się niżej od „Księcia”. Świadkowie, którzy do dzisiaj zeznają w procesie (w którym L. jest głównym oskarżonym) o zamach w 1999 roku na Piotra Karpowicza, szefa Oddziału Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód PZU, mówią o „Lewatywie” najczęściej jako o „pretendencie” do przejęcia władzy w mieście po „Księciu”. On sam zresztą też nie miał spokojnego życia. Kilkakrotnie rywale próbowali się go pozbyć. Raz nawet strzelając do niego w dzień jego ślubu…

Ale nie o tym mowa. Tylko o… Pruszkowie. Otóż po raz kolejny okazało się, że chłopcy od „Pershinga” (Adama K., nieżyjącego już bossa mafii) z Bydgoszczą wspólnego mieli niemało. A przynajmniej wiadomo, że nad Brdę regularnie przyjeżdżali w interesach. Proces w sprawie śmierci Karpowicza wciąż trwa, mimo że od zamachu na ubezpieczyciela minęło z górką 15 lat. Na ostatniej rozprawie w bydgoskim Sądzie Okręgowym zeznawał Adam Z. Ten świadek, którego sędzia przesłuchiwał ze pośrednictwem telełącza, odpowiadał na pytania z sali aresztu śledczego w Krakowie (gdzie zresztą do dzisiaj odbywa karę za swoje dawne grzeszki). Wyznał, że był w przeszłości związany ze służbami specjalnymi (jakimi? tego nie zdradził), ale to nie przeszkodziło mu też dorabiać jako… windykator „Pruszkowa”. I z ramienia tej właśnie organizacji odwiedzał Henryka L. (prowadzącego w latach 90. w Bydgoszczy firmę pośredniczącą w handlu autami), od którego obierał „opłaty za ochronę”. Ciekawe, swoją drogą, czy równolegle „Książę” opłacał się rywalom pruszkowskich chłopców, tj. mafii wołomińskiej. To pozostanie już pewnie tajemnicą

Pewne jest za to, że co najmniej raz „Pruszków” złożył wizytę (również chodziło o zdjęcie haraczu) pewnemu bydgoskiemu restauratorowi. Ten twierdzi, że skończyło się tylko na małym „remoncie” pubu: gentelmeni spod stolicy weszli do lokalu i zrobili użytek w kijów bejsbolowych. Restaurator do dzisiaj zarzeka się, że odwiedziny miały miejsce tylko raz i mimo jego zdecydowanego sprzeciwu wobec „propozycji” płacenia za ochronę klubu (zawoalowane określenie haraczu), nigdy więcej już nikt go nie nachodził.

Mafia ON ma się dobrze

 Chrzczone paliwa już nie są sprzedawane pokątnie w szopach, pakamerach i garażach rozrzuconych po zabitych dechami pipidówkach. I u nas na kujawsko-pomorskiej ziemi kwitnie nowy, odziany w najlepsze garnitury, szyldy sieciowych renomowanych stacji biznes. Nieświadomy klient, kierowca przemierzający nasz region tankuje, płaci i odjeżdża. Nie ma nawet pojęcia, że przed chwilą wlał do baku substancję, tylko z nazwy będącą benzyną, albo olejem napędowym. A w najlepszym razie kupił prawdziwe paliwo, tylko że sprowadzone do kraju bez akcyzy.

Minister Janusz Piechociński zapowiada, że w styczniu wejdzie w życie rozporządzenie techniczne nakazujące właścicielom i zarządcom stacji paliw przestrzeganie restrykcyjnych, wywindowanych do „poziomu europejskiego” norm jakościowych sprzedawanej benzyny i ropy. Czy tak się stanie w istocie? Lobby paliwowe jest potężne. Niech świadczy o tym fakt, że zapowiadane rozporządzenie miało wejść w życie już siedemnaście lat temu. Od tego czasu było przesuwane pięć razy. Ostatnie odroczenie decyzji o zmianie przepisów miało miejsce w styczniu ubiegłego roku. teraz podobno odwołania nie będzie.

Naszym kujawsko-pomorskim podwórkiem w ostatnich latach wstrząsnęło kilka dużych afer z handlarzami paliwem w rolach głównych. Jedna z większych spraw została skierowana do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy przez Prokuraturę Okręgową w Gorzowie. Śledztwo udało się przekuć w akt oskarżenia wymierzony w grupę dziewiętnastu osób – biznesmenów, działających na pograniczu prawa biznesowych logistyków, udziałowców i zwykłych słupów. Główny oskarżony w procesie, który rozpoczął się w 2010 roku, to bydgoszczanin, Janusz M. Swego czasu zasłynął na scenie biznesowej, jako potentat w produkcji palet i kółek do wózków sklepowych. Dorobił się niemałej fortunki, a w sprzyjających okolicznościach postanowił wcielić w życie zasadę, że „pieniądz robi pieniądz”.

W 2003 roku z propozycją wspólnego interesu przyszedł czeski miliarder Frantisek Mrazek. U naszych południowych sąsiadów już w latach 90. stał się właścicielem prawdziwego spożywczego giganta. Konsorcjum Setuza postrzegał jednak, jako tylko windę, a właściwie katapultę mającą pozwolić stworzyć mu prawdziwe imperium. To właśnie za radą Mrazka poszedł Janusz M. i w 2003 roku założył firmę obrotu paliwami.

Umowa była taka, że nowe przedsiębiorstwo okrzepnie na rynku, a w Polsce zostanie uwolniony handel biopaliwami. Mrazek proponował, że po preferencyjnych cenach będzie sprzedawał produkowane w Czechach biopaliwo firmie M., a ten stanie się potentatem w Polsce. Zyskami z tego interesu panowie mieli dzielić się „według zasług”. Planowane zyski miały iść w miliony. Plany przerwała jednak nieoczekiwana śmierć Mrazka. Został zastrzelony w 2006 roku w Pradze. M. założył nową spółkę, z siedziba w Poznaniu, a jej szefem został oficjalnie Andrzej K.

K. był słupem, którego w tym samym roku na celownik wzięli śledczy prokuratury. Zarzut? Udział w grupie zajmującej się sprzedażą chrzczonych paliw na stacjach w Bydgoszczy, a także między innymi w Białych Błotach i Nakle. Olej napędowy zaradni „nafciarze” wytwarzali z oleju opałowego, który był kilka razy tańszy od prawdziwego paliwa.

Inna duży proces mafii paliwowej rozpoczął się w Sądzie Okręgowym w Toruniu. W ławie oskarżonych zasiadło 22 mężczyzn z 52-letnim wtedy Romanem S. na czele. Prokuratura zarzucała im sprzedaż oczyszczonego oleju opałowego jako paliwa. Oszacowano, że na tym procederze skarb państwa stracił ponad 30 mln zł.

W ubiegłym roku prokuratury bydgoska i świecka prowadziły cztery sprawy dotyczące sprzedaży paliw, które nie spełniały wymaganych norm. Wszystkie umorzono.